Są takie miejsca, które przyciągają jak magnes. Na przykład zapalona świeca przyciąga ćmy, które giną w ich płomieniach. Są też góry, które wielokrotnie mijamy podczas podróży i zdaje się, że niczym Syreny śpiewają nam słodkie słówka. Niedawno mijałem jedno z takich miejsc w drodze na Zimowego Janosika, wystarczyło tylko odwrócić głowę by zobaczyć masyw Babiej Góry i jej najwyższy szczyt – Diablak. Nie mogłem oderwać oczu, przykleiłem się niczym zahipnotyzowany, masyw Babiej wyłania się nagle niczym Godzilla i zniewala swoim widokiem. Zapominasz o wszystkim. Dobrze, że wtedy nie ja kierowałem autem bo na pewno nie dojechalibyśmy na zawody tylko na Babią 😉

Wysokość względna Babiej Góry wynosi dla stoków południowych 900 metrów, a dla północnych 1100 metrów i jest największą poza Tatrami w Polsce. Ponadto Babia Góra przewyższa otaczające ją szczyty o około 200 – 600 metrów

Droga

Wiedziałem jednak, że za miesiąc stanę na szczycie Diablaka w butach biegowych bo kilka miesięcy wcześniej zaplanowaliśmy dwa dni treningowe pod nazwa „Babie po górze bieganie”.

Miesiąc minął niczym z bicza trzasł i mimo wielkich przeciwności, zmiennych okoliczności, różnorakich perturbacji a także wbrew wszystkiemu, na przekór i przeciw prośbom, groźbom czy okolicznościom w piątek 17 marca Babia wciągnęła mnie w swoje szpony i porwała dusze i ciało. Po 8 godzinach jazdy w deszczu dotarliśmy z Marcinem na parking gdzie czekali już Marta z Wojtkiem i Tomek. Po tak długiej podróży powitanie trwało nieco dłużej niż przewiduje to zwyczaj i gdy byliśmy już wszyscy przebrani by ruszać 3 km w górę do schroniska rozlało się konkretnie.

Przebraliśmy się w hiper super high tech ciuchy wiatro i deszczo-odporne, kije w dłoń i ciśniemy w deszczu, błocie a potem śniegu i lodzie pod coraz to bardziej strome podejście do schroniska. Z Marcinem wpadliśmy w trans i dość szybko znaleźliśmy się w schronisku gdzie kończyła się imprezka. Pogadaliśmy z nowym kolegą, który był dość rozmowny chyba z uwagi na swój stan po imprezowy hehe. Dziwne, że nie było reszty. Po jakimś czasie w końcu dotarli – okazało się, że Babia przyciąga aby zrobić krzywdę. Na podejściu każdego z nich, jednego po drugim zwalała z nóg podkładając zdradliwy lód w newralgicznych miejscach. Lecieli w dół zsuwając się po lodzie i kamieniach coraz szybciej i szybciej. Pomoc wyciągnęły w ich kierunku świerki naprężając swoje pnie aż popękała kora. Na szczęście na strachu i zabrudzonych rzeczach się skończyło. Ale nie takie rzeczy stają nam na drodze w dotarciu do celu – napieramy !!! Wstali otrzepali się i dobili do nas na łyk piwa przed snem.

Ania i Aneta też nie miały lekko tu się dostać. Wyjazd w godzinach popołudniowych z Warszawy w piątek nigdy nie jest łatwy, do tego z uwagi na całkowity zakaz nocowania psów w schronisku dziewczyny musiały jeszcze zawieźć do siostry w Krakowie czworonoga. Suma sumarum ustaliliśmy, że dobiją do nas w sobotę rano.

Nocleg

Mieliśmy być większą ekipą o 4 osoby i takie też była zarezerwowane pokoje. Jednak życie weryfikuje nasze plany na okrągło, zatem trzeba było przeorganizować pokoje i też było super. Marta i Wojtek mieli bez zmian swoją zamówioną dwójkę z łazieneczką, dziewczyny też miały swój świetny pokój a nasza trójka miała trójkę na wypasie, ciepłą, przytulną z dużymi oknami i własną łazienką, z ciepłą woda non stop. Dżizas !!! to jest schronisko czy Hotel ??? Mega mega mega dobrze !

Samo schronisko znajduje się od lat w czołówce najlepszych schronisk w Polsce. Taki plebiscyt organizowany jest przez magazyn npm

Szczerze polecam to miejsce, pokoje są na bardzo wysokim poziomie, z dodatkowych rzeczy które rzucają się w oczy to kuchnia turystyczna w której jest do dyspozycji automat z wrzątkiem, suszarnia – tego zawsze brakuje a tu jest i depozyt, gdzie można zostawić bety jak już musimy się wymeldować a chcemy jeszcze wyskoczyć na szlak na moment. Zdecydowanie schronisko Markowe Szczawiny warte jest odwiedzenia, można tam śmiało jechać z rodziną – nie będzie wstydu 🙂

Napieranie dzień I

Sobota to zawsze dłuższe wybieganie niż niedziela – wiadomo o co kaman 😉 Tak, też było i tym razem. W planie mieliśmy zbiegnięcie aż do parkingu i dalej szlakami na wschód do Zawoji i przełęczy Krowiarki i tam miało zacząć się ostre podejście na sam szczyt. Dalej 8 km granią przez kolejne szczyty w tym najwyższy Diablak i potem już tylko w dół do schroniska. Dystans 23 km.  Szło dobrze do parkingu i pierwszego podejścia, potem trasa jakoś wariowała w zegarku. Pokazywała jakbyśmy mieli wracać na parking choć umysł podpowiadał skręt dalej na wschód zegarek uparcie kazał przeć na zachód. Mimo, że byłem przekonany o błędzie trasy którą sam wytyczyłem podążyliśmy jednak zgodnie z wytycznymi zegarka – on się nie pomylił nigdy. Okazało się, że zegarek i tym razem miał rację ! Zaczął się fajny błotno kamienisty długi i kręty zbieg aż do parkingu w Zawoi. Tu po przejściu przez mostek nad strumykiem szlak wchodził na drogę asfaltową aż do przełęczy Krowiarek. Tam też zaczynało się dłuuuugie podejście, miejscami dość strome ale bez przesady.

Na grani czuć było, że pogoda się diametralnie różni – wiało coraz mocniej i widoczność z kroku na krok zmniejszała się niebezpiecznie. To, plus wychłodzenie zmusiło dziewczyny do zejścia zielonym szlakiem pod grania do schroniska. Tomek im pomógł i tak oto zostaliśmy z Marcinem sami w mlecznej otchłani. Zaspy śnieżne zlewały się z padającym tu śniegiem i … mgłą ?, w sumie nie wiem co to było ale było białe i niczym mleko zalało całą okolicę. Błędnik szalał nie mogąc znaleźć punktu odniesienia do tego często zapadaliśmy się po kolana w śniegu. Kierowaliśmy się tylko szlakiem z zegarka aż w końcu dotarliśmy na szczyt. Tylko dzięki zegarkowi, bo widoczność była może na pół metra a na dodatek wiatr ścinał z nóg opluwając nas kryształkami lodu niczym wielka piaskarka. Otwarcie oczu w tych warunkach liczone było w milisekundach a i tak odbywało się to kosztem ich okaleczenia i natychmiast puszczały łzy. Nakręciliśmy krótki filmik i zaczęliśmy schodzić w kierunku schroniska.

 

Było bardzo zimno, bez widoczności i niedługo miało zacząć się ściemniać. Nie było zatem czasu do stracenia. Zegarek miałem przy oku na odległość szerokości dłoni, którą zasłaniałem oczy. Wiatr zelżał jak zeszliśmy  do drzew i tu już można było zacząć biec aż do mety. Po kilku minutach dotarły dziewczyny z Tomkiem.

Nocne pogaduchy

Kolega, którego poznaliśmy zaraz po przyjściu chyba jednak miał projekcję innego filmu gdyż nie poznawał nas wcale a na nasze kiwnięcia głową robił zdziwiona minę 😉 Zatem zostaliśmy w swoim świetnym gronie ale tym razem zaopatrzeni w różne gry, które są dostępne dla wszystkich. Z tego co widziałem, sporo osób z tego korzystało, my również – na początek gra w kości a potem gry karciane 🙂 Na tapetę poszła gra w tysiąca, jako że grałem w to baaardzo dawno temu rolę instruktora objął Wojtek. Sposób nauczania był kilkuetapowy. Co rozdanie nowe fakty na temat zasad gry :))) Grunt, że ostatecznie wygrałem hehe

Następnym razem trzeba będzie zabrać swoje karty bo nie wszystkie schroniska są tak dobrze zaopatrzone jak Markowe Szczawiny.

Napieranie dzień II

Dzień drugi również miał długi poranny rozbieg. Jakoś nikt z nas nie był rannym ptaszkiem tego dnia, do tego stopnia byliśmy pod wpływem snu, że nawet dzwoniący budzik Marcina nie był wstanie nas zmusić do jego wyłączenia – dzwonił dobre 15 minut….

Jak już wstaliśmy na nogi za oknem przelatywała taka oto grupa morsów 🙂

Zgodnie z prognozą niedziela przywitała nas o wiele lepsza pogodą – lampa ! Oczywiście na górze wiało ale tu było bajkowo. Niestety doba noclegowa kończy się tu dość szybko dlatego przed treningiem musieliśmy spakować wszystko już na gotowo i zostawić plecaki w przechowalni. Jeszcze tylko podział kto z kim i gdzie idzie i ruszamy. Marta, Ania, Aneta i Wojtek trekkingowo na Diablaka my Tomek, Marcin i ja też ale biegowo i dalej by zrobić pentelkę na 12 km. Jakże inne warunki pogodowe a to tylko 20 godzin różnicy. W końcu jest widoczność ! Słońce !

Tak – to był piękny dzień i dało się biegać praktycznie całą trasę. Na szczycie Diablaka oczywiście wiało strasznie ale nie tak jak wczoraj. Chwilka na podziwianie widoczków i gdy ręce zaczęły nam zamarzać zbiegaliśmy już w dół. Turyści troszkę dziwnie się na nas patrzyli, że zbiegamy jak szaleni 😉

Kółeczko zrobione zostało kilka chwil na wypicie kawy w schronisku i pożegnanie się z dziewczynami. Czas wracać do domów.

Do zobaczenia na następnym obozie gdzieś w górach, hej ! Dziękuję, że byliście kochani.