jeszcze w środę byłem 3600 km od domu relaksując się na ciepłej Maderze i generalnie nie biegałem. Cała moja aktywność sprowadzała się do trekkingu i pływania. Plan na sobotę miałem już zarezerwowany dawno, dawno temu. Lekki hardcore w Beskidach. Mój najdłuższy dystans.

Czwartek to czas powrotu z wakacji przepak w domu i w piątek wyruszam w kolejną trasę – kierunek Krynica – Zdrój. 600 km do pokonania. Trasa ta zajęła nam niemal 10 godzin – do samego Wrocławia z Poznania ponad 3 godziny. Nam tj.: Ada, Mikołaj, Paweł i ja. Na szczęście pakiety startowe odebrał nam kolega Rafał (dzięki raz jeszcze) bo nie było opcji byśmy zdążyli. U Rafała w Krynicy zjawiamy się jakoś po 23 potem szybko do naszego domu na krótki sen.

Krótki, bo co prawda start był zaplanowany na 8 jednak autobusy z Krynicy na start w Rytrze kursowały o godzinie 6 +/-. Mieliśmy stawić się o 5:30. Ostatecznie spaliśmy 4,5 godzinki Mogło być w sumie gorzej 😉 Nie jest źle. Szybkie śniadanko, sprawdzenie rzeczy ubieramy się i wychodzimy na …na deszcz !

Siet jest źle, bo leje dość konkretnie, Paweł minę ma białą niczym jego gips na ręce i zaczyna coś mówić, że chyba rezygnuje. Ja szybko lecę po gore texa.

Nic – jedziemy na miejsce gdzie autobusy zabierają biegaczy. Deszcz jakby przestawał padać jednak Paweł podjął trudną dla niego decyzję o wycofie z zawodów. Kto by biegł w deszczu z gipsem na ręcę 64 km w Beskidach ? Zresztą Paweł to stary ultrasowy wyjadacz i ma jeszcze starty w tym roku. Zatem wsiadamy do autobusu razem z Mikołajem, pojawia się też Rafał i jedziemy do Rytra. Droga zajmuje ok godzinki i mija szybko tak jak i deszcz, który na miejscu startu mija bezpowrotnie – pogoda do końca zawodów była wręcz idealna.

Godzina do startu mija, na rozciąganiu, nerwowym chodzeniu do toalety i błąkaniu się bez celu. W końcu wybija 8:00 i ruszamy. Początek jest pod lekką górkę po asfalcie więc ruszam szybko by jak najwięcej ludzi wyprzedzić zanim wpadniemy na wąską ścieżkę w lesie. Co jak się potem okazało było dobrym posunięciem, bo od naporu biegaczy pękł drewniany mostek nad strumykiem i trasa się na moment zakorkowała.

Przyznam się, że nie przeanalizowałem dokładnie trasy. Widziałem filmiki Bartka Treli z pierwszego odcinka tak połowicznie a drugi etap przewijałem – jak to jest czasu niby nie ma a ciągle go brakuje ??

Wiedziałem, że pierwsze km to ciągle pod górę, że ciężki jest 8 i 9 km i od szczytu jest z górki aż do 30 km. Druga część wydawała mi się łatwiejsza, były podbiegi ale krótkie. Zatem nie za bardzo się oszczędzałem w pierwszej części i na szczycie Radziejowej byłem po 1 godzinie  40 minutach. Zresztą jakoś łatwo mi się biegło i na punkcie w Piwnicznej na 30 km byłem po niespełna 3 godzinach. Pomyślałem, że jest dobrze. hehe – naiwniak 🙂

Dobrze to w zasadzie już było. Faktycznie podbiegi nie były długie ale nie wziąłem pod uwagę zmęczenia, które coraz bardziej się nasilało. Metry zaczynały się dłużyć jakbym wpadł w jakąś pułapkę czaso-przestrzenną. Na dodatek coraz bardziej bolały mnie przywodziciele i odwodziciele. Mogłem biec ale np jak przechodziłem do marszu to potem miałem problem by rozbujać nogi do biegu. Musiałem energiczniej machać ramionami by wprowadzić w ruch nogi – hehhe sam się z tego śmiałem. Kolejne doświadczenie 🙂 Już wiem jakie ćwiczenia dołożyć w domu.

Dodatkowy problem miałem ze stopami, które straszliwie mnie bolały podczas zbiegania – i zamiast biec jak zawsze szybko po prostu zbiegałem. Chyba buty mają już powoli dość i pianka się zbiła. Albo dupa a nie ultras ze mnie 🙂 Niestety nie znam tego rejonu za dobrze więc nie znam poszczególnych górek, ale pamiętam jeden dość stromy odcinek za Wierchomlą. Był to stok narciarski więc nachylenie było dość konkretne, w tym czasie doganiała nas czołówka biegaczy z dystansu 34 km. Przeleciał koło mnie Kamil Leśniak, aż miło się robiło co ten chłopak robił. Biegł pod tą cholerną górę z przerwami na marsz. Piękne ! Oczywiście wygrał te zawody.

Druga część tj ostatnie 34 km okazały się dla mnie trudniejsze, głównie z powodu problemów z odwodzicielami i bolącymi stopami. Ale nadal cisnąłem jak tylko mogłem, przerwy na bufetach były krótkie tylko napełnienie butelek i kilka kawałków pomarańczy. Żeli miałem dosyć i nie czułem głodu. Zmęczenia też za bardzo tylko ten ból. A jeden problem to nie problem więc cisnąłęm dalej.

Chciałem być w czasie 7:30, wiem że to realne – byłem wytrenowany, nie byłem zmęczony. Na mecie słyszałem, że ból to ściema; cholera że też na to nie wpadłem podczas biegu to dałbym rade wykonać plan.

Ostatecznie skończyłem z czasem 7 godzin 47 minut. Jest ok choć wiem, że mogłem pobiec lepiej. Dało mi to miejsce 22 w open i 2 w kategorii choć jak się okazało kategorii wiekowych na dystansie 64 km nie dawano, tylko na 100 km.

meta B7D

Fajnie było by stanąć na pudle ale jeszcze fajniej było słyszeć od moich przyjaciół i znajomych miłe słowa i szczere gratulacje wyniku. Dziękuję za to ! A teraz do pracy bo w przyszłym sezonie planuje biec 100 km więc trzeba trenować 🙂

 

Mikołaj finiszuje

Wizualizacja trasy