Intro:

O UTMB pierwszy raz dowiedziałem się na długo zanim zacząłem biegać. Wtedy zdjęcie setek osób podchodzących pod jakąś ścianę w górach jakoś do mnie nie przemówiło ponieważ w tamtym czasie byłem mocno sfiksowany na punkcie MTB. Więc spoglądałem na to zdjęcie zastanawiając się jakby z tego zjechać czy podjechać rowerowo. Bieganie to kompletnie nie była moja bajka bo to wiązało się z nudą.

Jednak obrazek ten wpadł mi do głowy i zaczął swoją krecią robotę, krok po kroku, rok po roku aż w końcu gdy zrezygnowałem z MTB i innych przelotnych miłości obraz tego podejścia i setek ludzi powrócił i przygniótł mnie swoją mocą. Moje myśli krążyły wokół tej wizji. Coraz częściej obraz ten nakładał się na otaczający mnie Świat. Wpadałem w wir a centrum jego było to zdjęcie, krążyłem coraz szybciej. Siła przeciążenia była na tyle duża, że odpadały ode mnie wszystkie przyzwyczajenia, miłości, pragnienia, plany… Trwało to aż stałem się nagi i pozbawiony zbędnych rzeczy, które mogły by mnie rozpraszać niczym facebook w pracy. Po kilku latach tego wirowania gdy nie zostało już nic wir wessał mnie i wypluł na drugą stronę Świata, który kiedyś kochałem. Zostałem nagi i skupiony na realizacji celu, którym stało się bieganie ultra i start w imprezie z cyklu UTMB.

Przed zawodami:

Rok 2017 dla tej imprezy okazał się bardzo dobry jeśli chodzi o obsadę, znaleźli się tu najmocniejsi zawodnicy z całego Świata. Nie ma miejsca dla przypadkowych osób, tu każdy kto startuje ma za sobą wieloletnie doświadczenie i moc w kopytkach. By móc startować oczywiście trzeba mieć odpowiednią ilość punktów, które otrzymuje się za wyselekcjonowane zawody plus sporo szczęścia przy losowaniu. Rok, wcześniej nie udało mi się podczas losowania. Z naszej trójki Tylko Qnfi miał farta ale nie pojechał bo jego z kolei przygniótł remont domu. Do kolejnego losowania przystąpiliśmy już jako grupa więc albo startujemy wszyscy albo nikt. Wylosowali nas ! Tak oto nasza trójka pojawiła się w Chamonix w słoneczny dzień. Pole namiotowe mieliśmy ze wspaniałym widokiem na Mt. Blanc.

Korzystając ze słońca postanowiliśmy przejechać się nad jeziorko, tam zrobić mały rozruch biegowy i się wykąpać. Miejsce cudne !

Na miejscu byliśmy od wtorku a zawody mieliśmy w piątek zatem był czas by się zaaklimatyzować i pozałatwiać formalności. Dwa dni przed odbiorem pakietów startowych dostaję informację od Magdy, która startując w TDS odbierała pakiet wcześniej. Wiadomość mnie zmroziła. Podczas sprawdzania obowiązkowego sprzętu zakwestionowali Magdzie kurtkę przeciwdeszczową ! Ja mam dokładnie ten sam model. Zostały 3 opcje: udowodnię osobie sprawdzającej, że kurtka spełnia wymogi (a spełnia), kupie nową lub pożyczę od kogoś.

Poszedłem na expo, które przeważnie jest na tego typu imprezach – kurteczki były i to cała masa. Ceny od 180 euro… W sklepach na mieście to samo. Zresztą czego się spodziewać po miasteczku gdzie za piwo w knajpie płaci się 8 eurantów 😉 Opcja nr 3 – pożyczenie. Dzwonię do Marcina Świerca licząc, że ma zapasową. Marcin mówi, że ma w moim rozmiarze i może pożyczyć. Cały czas szukam info na temat kurtki w sieci, są opisy ale nie na oficjalnej stronie producenta. Tam jest tylko ten cholerny bełkot marketingowy. Ostatecznie Qnfi podpowiada by sprawdzić katalog na stronie polskiego sklepu 8a.pl i faktycznie mają katalog producenta z anielskim opisem. Ustalam z Marcinem, że jak nie puszczą mnie z kurtką podczas kontroli z tym opisem to wezmę od niego. Puścili 🙂

Pakiety odebrane i radość na twarzach od razu się ujawniła szerokimi uśmiechami i lodowcową bielą zębów.

Pożar ugaszony zatem. Pożary gasi się wodą a tej mieliśmy obecnie aż za dużo. Pogoda od czasu naszego przyjazdu zmieniła się o 180 stopni.

Żegnajcie Słoneczko i błękitne niebo witaj deszczu i mrozie. Na dodatek organizator zaczął się zastanawiać nad zmianą trasy z uwagi na warunki w górach. Miał spaść śnieg o deszczu nie piszę bo lało non stop. Ostatecznie zmieniono na kilka godzin przed startem ostatni fragment trasy. W skrócie profil ccc to 5 szczytów, na początek 2 x 2600 m potem 3 mniejsze ale nie niskie 😉 z czego ostatnia baaardzo stroma. I właśnie tą stromą org wykasował dając coś lepszego. W jego mniemaniu chyba 😉 ale o tym później.

Zawody:

Ostatnie słowo od orga brzmiało „weź pod uwagę, że będzie zimno”. Zatem wziąłem to pod uwagę i w dzień startu byłem ubrany w długie legginsy, w których biegam … zimą. Ma być śnieżyca przecież no nie ? Qźwa czułem , że to średni pomysł. No ok udajemy się na przystanek autobusowy, na który ma przyjechać autobus po zawodników. Na przystanku było już kilku zawodników i każdy w krótkich spodenkach, tjaaa. Chyba wiedzą coś czego ja nie wiem. Kolejny przebłysk zdrowego rozsądku się pojawił – przecież na pole mam 500 m wiec zdążę jeszcze się przebrać. Nie poszedłem choć znaki z niebios były pisane wielkimi literami ZRÓB TO MATOLE ! Te znaki to choćby autobus, który spóźnił się 25 minut. Nic, w końcu przyjechał i ruszyliśmy w kierunku Włoch. By dostać się do Włoch trzeba przejechać tunelem pod Mont Blank. Tunel ma 11,6 km długości. Tu czekał nas postój przed wjazdem. Staliśmy w kolejce razem z TIRami dość długo aż zaczęliśmy się zastanawiać, czy zdążymy na start…

Ruszamy, te 11,6 km to jednak spory odcinek. Wnętrze tunelu szare i zimne dokładnie takie jak pogoda w Chamonix więc  wzrok nie musiał się do tego przyzwyczajać. Po jakimś czasie pojawiło się światełko w tunelu co oznaczać mogło jego koniec. Jednak to co było po drugiej stronie szarej długiej kichy zwanej tunelem wyrwało z gardeł wszystkich pasażerów okrzyk WOOOOOOW !!!!! i spazmy śmiechu, ekstazy radości.

Tak działa Słońce na spragnionych jego promieni. Z całego autobusu tylko jeden koleś krzyknął coś w rodzaju Hę ?! ale w innym kontekście. To byłem ja, patrzący z rozpaczą na swoje zimowe spodnie. Wiedziałem, że to po zawodach dla mnie. Te wszystkie miesiąca przygotowań, litry potu masa pracy… nie ma szans w starciu z zimowymi gaciami na podejściu w temperaturze 25 stopni w plusie. No way !

Do startu zostało 5 minut od naszego przyjazdu nie pozostało nic jak tylko wierzyć, że faktycznie pogoda będzie zimowa choć patrząc na okolice wydawało się to abstrakcyjne. LATO !!! AAAAAA

Nie było na szczęście czasu na analizowanie bo ledwo stanąłem w swoim sektorze to ruszyliśmy. Z części włoskiej pamiętać będę tylko to jak pływałem we własnym pocie i nie mogłem oddychać. Niestety samymi ustami dostarczamy organizmowi za mało tlenu i oddycha się też przez skórę na całym ciele. Ale nie u mnie – połowa ciała była szczelnie schowana pod legginsami.

Postanowiłem mimo wszystko lecieć normalnie i pierwsze dwa podejścia jeszcze mnie nie męczyły i cieszyłem się biegiem, zresztą okolica była przepiękna co tylko wzmacniało uśmiech na twarzy.

Strona włoska to oczywiście kochani kibice, jak tylko widzieli polską flagę na numerze startowym to krzyczeli „Polska ! Biało czerwoni !!!! 😉 świry ! kocham Was !

Po przekroczeniu granicy ze Szwajcarią pogoda się popsuła, zaczęło padać choć nie było jeszcze zimno. Część szwajcarska to jeden długi zbieg asfaltem i dwie górki. Na zbiegu zakładam kurtkę przeciwdeszczową i zostanę w niej już do końca zawodów. Pierwsze podejście pokazuje mi jak zmęczony jestem choć nie bardzo mam czym to dysze i sapie straszliwie. `Nie potrafię złapać tchu a powinienem na tym etapie być jak młody Bóg. Nie tyle jestem zmęczony co nie mogę dostarczyć wystarczającej ilości tlenu do organizmu, normalnie duszę się. Jednak napieram mimo wszystko dalej. Na drugim podejściu mam już dość. Pojawiają się myśli typu „po cholerę mi to bieganie” „ostatni raz biegnę 100 km” i tego typu idiotyzmy co jest oznaką wyczerpania. Ale teraz ? na 60 km ?! Jakie zmęczenie ? WTF !! Na dodatek jestem bardzo głodny. Na starcie w sumie byłem głodny – musiałem za mało jeść dzień wcześniej i przed startem. Jednak dopiero teraz zaczynam mieć mdłości z głodu mimo, że na każdym bufecie połykam ze 3 rosoły i inne łakocie to burczy mi w brzuchu non stop. Nie mogę nasycić się żadnym sposobem. Przekraczam granice i zaczyna się część francuska – ta wita mnie mocniejszym deszczem i większym mrozem oraz zmienioną trasą. Włączam telefon w końcu opuściłem Szwajcarię, kraj bandyckie drogiego roamingu. Odczytuje wiadomości od znajomych, które dodają mi siły. Leje tak, że za bardzo nie mam jak odpisywać bo klawiatura pod wodą nie działa, ograniczam się to stylistyki Kali być, Kali jeść.

Wiem, że została jedna góra do pokonania i to wszystko. Zatem muszę dać radę. Rozpoczyna się podejście, idę coraz wolniej ale nie przystaje, napieram wbrew sobie do przodu. Błota jest już bardzo dużo, zaczyna padać też śnieg z deszczem. Dłonie mi marzną ale jestem w takim letargu, że nie chce mi się wyjąć ciepłych wodoodpornych rękawiczek z plecaka. Choć wiem, że organizm będzie musiał na ogrzanie dłoni wydać więcej energii, której mi brakuje. Idiotyzm. Rękawiczek nie założyłem do końca.

Ku mojemu zaskoczeniu podejście było krótkie i zaczął się zbieg błotnym single-trakiem. Był to bardzo czujny odcinek z uwagi na ilość błota, wystarczyło skierować wzrok gdzieś na bok i natychmiast całe ciało zaczynało tańczyć sambę. Widać już było światła ulic gdy ścieżka zaczęła wspinać się warstwicą znów niebezpiecznie stromo w górę. Nie wiem czy te światłą i zapach mety czy niekończąca się wspinaczka warstwicą, czy mgła skracająca widoczność do 2 metrów, czy noc, czy deszcz i śnieg czy zmęczenie, czy głód, czy zimno, czy wszytko to razem ale miałem faktycznie tego dość. Gdyby w tym miejscu był punkt to oddałbym numer te 12 km od mety. Przestałem biec choć biegłem i tak słabo od dawna. Po wyjściu z lasu znalazłem się na trasie narciarskiej a gdzieś tam na jej początku był ostatni punkt i koniec wspinaczki. Pokonanie tego fragmentu było dla mnie najtrudniejsze z całych zawodów.Jakieś 200 m od punktu musiałem się zatrzymać, bo z głody niemal zemdlałem. Nie ogarniam tego, na bufetach pochłaniałem takie ilości jedzenia i picia, że powinienem przytyć z 5 kg a tu mam mdłości z głodu. W końcu po kilku minutach ruszyłem po kolejne rosoły na bufecie. Zjadłem tam sporo. Z tego miejsca zostało zaledwie 8 km i to tylko w dół. Banał.

Teoretycznie banał. Praktyka pokazała, że o zbieganiu nie ma mowy przez głazy na trasie. Gdy ich nie było to było błocko. Mordęga. Normalnie i tak bym to biegł ale nie tego dnia. Zero chęci na walkę, zero sił. Skończyć zapić zapomnieć.

Odżyłem trochę już w samym Chamonixie choć bardziej ożywił mnie czas na zegarku, pokazujący że jak docisnę to złamie 18 godzin. Wiec gdzie mogłem to biegłem już jakiś czas, czyli jednak wszystko siedzi w głowie. Ból i zmęczenie nie istnieje !

Na mete wpadam po 17 godzinach i 55 minutach, zadowolony że to już koniec.

Na mecie nie było nic ciepłego do jedzenia ale było piwo, coś za coś. Była 3 w nocy, do namiotu miałem może z 10 km ale nie bardzo chciało mi się iść a pociąg był dopiero o 7. Poszedłem po przepak a następnie chciałem iść pod prysznic jednak idąc tam zauważyłem autobus zabierający biegacz. Postanowiłem sprawdzić czy jest możliwość zabrania się. Okazało się, że ten jechał na wschód pod granicę Szwajcarską więc nie mój kierunek. Zagadałem kierowce, ten powiedział że za 10 minut będzie bus i mnie zawiezie na pole namiotowe. No i pięknie ! Prysznic musi zatem poczekać, zrobiłem streaptise zrucając mokre rzeczy z siebie i wskoczyłem w rzeczy z przepaku. Tak, puchówka to był wspaniały pomysł – pomyślałem patrząc na telepiącego się azjatę na przystanku.

Po chwili byłem już pod prysznicem na polu namiotowym. Tam spotkałem francuza, który też biegł ccc i też klął jak szewc na ostatni fragment trasy 🙂

After:

Rano dociera Qnfi. Sobota mija nam leniwie, odsypiamy zarwaną noc, potem nawadnianie. W tym czasie gdy my zbijamy bąki nasz kolega Tomasz walczy drugi dzień na trasie UTMB. Dżizas, jak się cieszę z tej odrobiny rozsądku jaka we mnie pozostała, która nie pozwoliła mi biec dystansu UTMB. Tomasz zaczął też w piątek ale 10 godzin po nas czyli o 19 s skończył coś koło 15 w niedzielę…. Tu nie ma co pisać należy się pochylić nad tym przypadkiem 🙂 Tym bardziej, że znów pojawiło się słońce i błękit nieba. Wszak zawody w większości już się skończyły i pogoda postanowiła, że już czas włączyć tryb SUMMER.

W sobotę po biegu restowanie było ok ale w niedziele od rana mnie już nosiło. tyle gór dookoła ! Nie ma opcji bym siedział i czekał aż Tomasz skończy mordęgę. Zjadłem śniadanko, wypiłem kawkę i ruszyłem przed siebie wybierając drogę w górę. Podejście było stromawe nawet a mimo to spotkałem kilku biegaczym rowerzystów, kilku spacerowiczów oraz parkę w wieku ok 80+. Ładnie !

Szedłem po prostu w gorę nie mając pojęcia dokąd prowadzi trasa, szła w kierunku zachodnim więc masyw Mont Blank miałem po lewej stronie. Spoglądałem na niego co chwila jak tylko pojawiła się przerwa między drzewami. Szlak prowadził ewidentnie do kolejnej wioski, Les Houches. Zatem poddałem się jej i nie zawróciłem tylko szedłem dalej, mając w planie dojście na dworzec i skorzystanie z pociągu by wrócić na pole namiotowe. To też fajna opcja. Jako turyści mieszkający w tym rejonie, czy to w hotelu czy na polu namiotowym dostajemy bilet na transport publiczny na okres zamieszkania za freee. Można więc poruszać się po okolicy bez ponoszenia kosztów.

Akurat jak siedziałem w pociągu Qnfi odbierał naszego mistrza UTMB, zatem nie jechałem pociągiem na metę zawodów tylko prosto na pole namiotowe gdzie po 10 minutach zjawili się chłopacy. Tomek mający za sobą dwa dni i dwie noce na trasie wyglądał hmm wyglądał jak ultras po zawodach. Nie powiem więcej przez grzeczność 😉 Niech opowieści o tym co widział na trasie będą swoistym komentarzem do tego. Brak snu plus ciągły wysiłek są dla naszego umysły dość ciężką próbą. W wielu takich przypadkach zdarzają się halucynacje i Tomek nie jest tu wyjątkiem. Widział, węże, nieistniejące namioty, osoby czy głowy dzieci 🙂 Tja zdecydowanie tak długie trasy nie są w moich planach 😉 Chyba, że na luzie bez spiny, bez numerka, bez rywalizacji. A taki plan to w sumie łazi mi po głowie już kilka lat i chyba czas się z nim zmierzyć niebawem….

Tomek po kąpieli poszedł na zasłużony odpoczynek, zjedliśmy obiad a ja ruszyłem na wycieczkę na drugą stronę doliny. Moim celem była knajpka pod lodowcem Bassons, który widać było z naszego pola. Wg. znaków na szlaku trasa w górę to 90 minut mi zajęło to godzinę w obie strony a zdecydowanie warto było tam wejść i napić się kawki w takim miejscu. Spieszyłem się bo w planach mieliśmy wyjście na imprezę dla zawodników w Chamonix. Pojechaliśmy z Qnfim razem bo Tomek jeszcze odsypiał. Na miejscu było przepyszzzzzzne jedzonko + ciasto. Piwo, wino i muza na żywo. Ok teren obadany, brzuchy pełne zatem wracamy do bazy po Tomka i razem wbijamy raz jeszcze. Imprezka się rozkręciła i wieczorkiem było całkiem sympatycznie.

W poniedziałek mieliśmy w planie wizytę na szczycie Aiguille du midi i tam przejazd kolejką nad lodowcem. Trochę droga impreza ale warta zobaczenia. Pogoda znów jednak miała inne plany. Od rana na szczytach zawieszone były chmury, sprawdziłem jeszcze kamerki ze  złudzeń. Zerowa widoczność :/ Plany należało zmienić. Padło na wycieczkę do Szwajcari by zobaczyć dzieło inżynierów – tamę Emosson. Nie jest to ta słynna z tama z filmu o Panu James, James Bond czyli wysoka na 220 m zapora Verzasca ale i tak miejsce jest cudowne.

Powoli czas na powrót do domów, ostatnie zakupy pakowanie i rano wracamy. Zaplanowałem kawkę nad jeziorem genewskim w miasteczku Vevey. Wystarczy zjechać kilkaset metrów z autostrady  by spacerować w takim miejscu – warto.

Podsuowanie:

Tym akcentem zakończyła się nasza przygoda z legendarnymi zawodami UTMB. Czy warto było aż tak się poświęcać dla tego startu ? Ot zawody jak każde inne, trasa nie byłą jakaś mega WOW. Organizacyjnie majstersztyk na pewno. Wszystkie techniczne sprawy załatwiane bezbłędnie. Do tego opcja śledzenie zawodników on line łącznie z nagraniami wideo z punktów To wszystko zasługuje na brawa. Zatem warto czy nie warto poświęcić się dla swojej pasji. Zacząłem się nad tym zastanawiać gdy usłyszałem od jednej osoby, że no ok gratuluje wyniku bla bla bla ale w zasadzie to mi współczuje, tego poświęcenia, tego sfiksowania, straty innego życia, braku czasu.  Może jestem w stanie narkotycznego upojenia, może nie myślę jasno jednak dopiero tam jestem szczęśliwy, to tu się uśmiecham i czuje życie w sobie. Tak, dałbym się wciągnąć raz jeszcze.