Jak dużo poświęcisz dla czegoś co kochasz robić ? Na ile wyrzeczeń Cię stać ? Gdzie leży granica, której jednak nie przekroczysz ? Czy te pytania są Ci obce ? Mi nie, sport który uprawiam, obecnie ale też i poprzednie aktywności zawsze domagały się odpowiedzi na te pytania. Często słyszałem pytania czy nie boje się, że stracę życie przez to co robię w górach bo tylu alpinistów ginie co roku płacąc życiem za swoją pasję. Jasne, nie chcę zginąć ale nie miałem tej obawy w głowie wtedy ani teraz. Jest to cena, którą po cichu akceptujemy by robić to co się kocha bo to nas motywuje i rozwija jako ludzi. Jednak nie śmierć jest najwyższą ceną jaką płacimy za nasze pasje. To strata najbliższych, to kontuzje często na całe życie, to zatracenie się do tego stopnia, że rujnujemy swoje życia. Wiele jest negatywów ale są i pozytywy jak wszędzie. To dzięki miłości i pasji rozkwitamy, to dzięki temu mamy radość w oczach i sercach, to dzięki temu Świat jest piękny. Zatem ile jesteś w stanie poświęcić dla swej pasji ? Co poświecisz gdy tego zażąda ?
Życie biegaczy, których teraz jestem częścią to w większości samotne treningi, oderwanie od rodziny, zajęć domowych i jak każdy sport pochłania coraz więcej czasu i zawłaszcza coraz większy teren naszych światów. Jednak gdy idę na trening i mijam innego biegacza, to zawsze się uśmiecha, pomacha ręką czy kiwnie głową. Czym zatem to jest ? To jakiś stan narkotyczny ? Jak to się dzieje, że obcy ludzie zbierają sie na wspólne treningi czy wyjazdy na zawody i od pierwszych sekund rozmawiają ze sobą jakby się znali całe życie ?
Tak też było i tym razem podczas wyjazdy na zawody „Maraton Chojnik”.


Ruszamy dość wcześnie w piątek Marcin oraz dwóch nowych kolegów Łukasz i Leszek no i ja. Idealny układ – fura pełna koszty niskie i rozmowa od początku do końca trasy więc jazda mimo, iż nie oczywistą trasą, dość długa i kręta mija bardzo szybko. O tym własnie był ten wstęp. Za każdym razem gdy ludzie, których łączy wspólne zainteresowanie się spotykają od razu jest rozmowa. Często mamy inne światopoglądy, inne spojrzenie na wiele spraw ale nikt się z tego powodu nie gardłuje. Ciekawe jak to jest , że w innych okolicznościach tak różne idee w głowach są powodem do agresji….
W końcu dobijamy do Sobieszowa gdzie w willi „Darek” czekają już od czwartku Ania i Aneta.

Willa Darek to dość specyficzne miejsce, czas się tu zatrzymał chyba w latach 70tych jednak wystarczyło kilka piw i już nam się tu podobało.

 

Zorganizowaliśmy sobie chill na werandzie

oraz zajęcia sportowe 😉

potem spacer na Chojnik a na koniec odebranie pakietów i obiadek.

Zostało wypicie browarków i czekanie na Tomka, który dotarł późno wieczorem.

Sobota przywitała nas znów pełnym Słońcem i bezchmurnym niebem. Na starcie spotykam resztę ekipy Sebastiana lekko przeziębionego, Artura

który dzień wcześniej miał wypadek bo ktoś wjechał w ich auto od tyłu i żona Artura została na obserwacji w szpitalu więc obecnie myśli uciekały mu do ukochanej.
Są tez i wymiatacze Karolina i Krzysiek. Słońce praży masakrycznie wyciągając siły zanim jeszcze ruszyliśmy dlatego chowamy się w cień na chwilę.


Ostatnia minuta zatem ustawiamy się do startu w drugiej linii, przed nami prosta asfaltowa droga, aż prosi się by pocisnąć tu na maxa dlatego stanęliśmy w drugiej linii by nie dac sie ponieść emocjom. Przed nami 46 km po dość wymagającym terenie więc nie ma co świrować 😉
Ruszamy więc spokojnie w tempie ok 4 min na km, na szczęście dość szybko skręcamy w teren i od razu robi się pion. Ciśniemy w czołówce, Krzysiek jest w zasięgu wzroku ale kilka miejsc wcześniej. Skupiam sie na swoim rytmie, jest stromo ale biegnie mi się lekko.
Trzy tygodnie wcześniej biegałem tu z Arturem i Pawłem jeszcze po śniegu, teraz nie ma po nim śladu na szlaku.

Jest trochę w zakamarkach skalnych o północnej wystawie ale bardzo mało. Na samej trasie w jednym miejscu śnieg zalegał ale organizator zrobił ścieżkę usuwając go.
Dobiegam na przewyższenie i teraz teren się zmienia, nie ma już lasu tylko odkryty teren a dookoła widać tylko góry i błękitne niebo a pod nogami stosy kamieni. Bosko, można pocisnąć.

Od jakiegoś czasu biegnę już sam, zaczyna się zbieg do Labskiej Boudy, dalej mijamy ujście Łaby i wracamy na polską stronę,

zbiegamy do schroniska pod Łabskim Szczytem gdzie zaczyna się jak dla mnie najpiękniejszy fragment trasy. Bardzo kamienisty szlak z masą piachu, błota, gałęzi i wody a na to wszystko tysiące kamieni. Ależ się tu biegło, poezja. Dociskam jeszcze mocniej i mocniej aż percepcja mi się zmienia, wzrok nie widzi przeszkód, wszystko się zlewa w asfaltową gładką drogę idealną na rolki. A jak rolki to można jeszcze szybciej. Wspaniały fragment. Po zbiegu następuje wdrapywanie się pod górkę i tu spotykam Anię

Anetę i Tomka z krótszej trasy, oni tu zbiegają a ja podchodzę. Ten fragment nie opłaca się podbiegać lepiej podejść. Przybijamy piątki i każdy leci w swoją stronę. Po wejściu zostaje już tylko zbieg, tą samą drogą która podbiegaliśmy na początku z tą różnicą, że końcówka to jeszcze zdobycie Chojnika i zbieg technicznym i wymagającym odcinkiem po głazach. To drugi mój ulubiony fragment tych zawodów. Zbiegu do Chojnika nie lubię, zbyt stromo a droga jest szeroka i zachęca do mocnego biegu zbijając „czwórki” w kamień. Biegnę i wyje z bólu ale wiem, że to tylko kilka km. Dobiegam do ostatniego punktu z wodą, trochę czasu tracę na nalanie wody ale w końcu biorę pół softflaska i gnam w stronę Chojnika.


Zostało chyba z 6 czy 7 km do mety, mknie się szybko mijam znów Tomka, Anetę i Anię bo ten fragment oba dystanse pokonują razem. Słyszę, że ktoś mnie dogania i przegania ! Sprawdzam kolor numerka i okazuje się, że to rywal z mojego dystansu zatem biorę się do roboty. Redukcja i gaz do dechy, zmiana na wyższy bieg i juz jestem przy koledze. Biegniemy ze dwa może trzy km razem. Kolega jak słyszę ma mocno wysokie tętno o wiele większe niż ja, wygląda na bardzo wycieńczonego ale ciśnie bardzo mocno. Lecimy w okolicy 4 minut czasami nawet poniżej, mijamy wiele osób z krótszego dystansu na pełnej prędkości, zaczynamy walkę i tniemy się na zmianę. Na podbiegu pod Chojnik lecimy ramię w ramię, nawet nie zauważyłem jak szybko znaleźliśmy się na górze.

Teraz ostatni zbieg, po kamlotach wielkości ruskiej lodówki. Skaczemy od kamienia do kamienia ale zauważam, że kolega ma sztywne nogi, na dość stromym kamienistym zbiegu dociskam i mijam go kątem oka zauważając, że tu się poddał. To dodało mi mocy i wystrzeliłem na ostatnie 1,5 km by na mecie mieć niemal 1,5 minuty przewagi. Wpadam zaraz za Krzyśkiem, którego nie dogoniłem.

Udało się wywalczyć 16 pozycję w open czasem 5 godzin i 16 sekund.
Po chwili dobiega Ania i potem reszta Aneta i Tomek zatem możemy razem wypić piwko przybić i pogratulować sobie dobrze wykonanej pracy.


Teraz kąpiel i plażing na trawniku, tym bardziej że odwiedzili nas też Marta i Wojtek, którzy przyjechali na wspinanie w Sokoliki i wpadli się z nami spotkać.


Jeszcze tylko wypad na miasto do Pizzerii i obowiązkowe zaopatrzenie w Biedrze na wieczór. Wieczorem ognisko i wręczenie medali dla debeściaków.
Czas w dobrym towarzystwie zawsze płynie za szybko i tak zastała nas niedziela szarpiąc za ramię i krzycząc do wewnętrznego ucha „wstawać ! nie ma czasu ! trzeba wracać do domu !”
Uściski, buziaki i łzy ucięte były przez chłopaków, którzy już czekali w aucie aż wyjdę.
Zaproponowałem spacer w Przesiece do wodospadu by wykorzystać ta piękną pogodę. Zgoda spowodowana była nie tyle piękną aurą co informacją, że pod wodospad można niemal podjechać autem więc nikt się nie będzie musiał męczyć.

W ich przypadku zmęczenie było jak najbardziej na miejscu:
Łukasz leciał dystans 100 km
Marcin nie startował w zawodach ale też machnął w dwa dni jakieś 80 km
Leszek debiutował na maratonie górskim.
Zatem postanowiłem, że w nagrodę za ich walkę pokaże im jakże urokliwe miejsce, którego jak się okazało nikt nich nie widział. Warto było.
Dzięki szybkiemu powrotowi do domów udało mi się jeszcze zrobić rozjazd rowerem na koniec dnia już na swoich śmieciach.
Tak oto zakończyła się kolejna górska przygoda, dziękuję wszystkim z którymi się moglem spotkać w tym miejscu.