Beskidy niezmiennie kojarzą mi się z błotem i potem. Jeździłem po nich wielokrotnie na różnych imprezach i nigdy nie były to niedzielne przejażdżki po lasku.

Rok przed Chudym biegałem po tych górach, mniej więcej po tych szlakach co Chudy Wawrzyniec w dwu dniowym biegu na orientacje,  też nie było lekko ale o dziwo nie było tragicznie. Pomyślałem sobie o ja szalony, że może bieganie po Beskidach jest lepszą opcją niż rower i zapisałem  się namówiony przez kolegę Tomka, wymiatacza biegów górskich na start w I edycji Chudego Wawrzyńca. Okazało się, że byłem jedynym tak samo szalonym jak on, który się zdecydował na ten bieg. Dlaczego szalonym ? Imprezę tworzył m.in. człowiek z napieraj.pl znany z ostrego zapierdalania po górach, do tego na starcie pojawiły się takie gwiazdy jak Piotrek Hercog i Marcin Świerc a oni byle gdzie nie latają. Oznaczać to mogło tylko jedno – będzie ogień.

Ale wtedy jeszcze te przesłanki mi nic nie mówiły dopiero zaczynałem i to od niechcenia biegać, nadal mocno tkwiłem w świecie rowerowym i to był mój priorytet. Pomyślałem sobie – co tam bieganie co to za filozofia ? założę jakieś buty i przebiegnę ten skromny dystans 50 kilku km, dla mnie jeżdżącego w dystansach GIGA 50 km to był niemal dyshonor 😉

Oj dostałem nauczkę 😉

Byliśmy na miejscu dzień wcześniej, spanie było w sali gimnastycznej w lokalnej szkole. Start wyznaczono na godzinę 4:00, prognoza pogody zapowiadała się dobrze, miało być w miarę chłodno ale nie zimno i przelotny deszczyk. Czyli miód malina, ha !

 

Ok wstajemy szykujemy się na start i grupkami ustawiamy się pod autokary, które dowożą nas na start, humory dopisują delikatne rozciąganie i oczekiwanie na start. Przybijamy piątkę z kolegą włączamy czołówki i poszli go go go !

Pierwsze km oczywiści po asfalcie ale może ze dwa km i ciach w las, biegnie się bardzo dobrze może nawet za dobrze bo za szybko.

Pierwszy podbieg studzi prędkość, jakby ktoś jednak nie został ostudzony to zaczyna padać. No tak, zapowiadali przelotne deszcze pomyślałem, nawet fajnie taki drobny deszczyk. Tyle, że jak się potem okazało ten deszczyk przestał padać wieczorem… Jak wbiegliśmy na grań temperatura była bardzo niska, nie wiem ile 2 może 3 stopnie co w połączeniu z deszczem i wiatrem dawało mega mieszankę. Ja na dodatek miałem problemy jelitowe przez co schudłem na trasie pewno z 5 kg i zużyłem cały zapas papieru jaki miałem. Na domiar złego biegłem jak to napisałem na początku w „jakiś butach” niby do biegania po górach i miały gore tex WOW ! tylko, że dzięki temu nic nie dającemu w butach goretexowi były ciężkie jak słoń, do tego błoto przyklejało się do nich jak rzep do psiego ogona i nie chciało spadać. Czyli obrazek był mniej więcej taki, temperatura odczuwalna ok 0 stopni, wszystko mokre, słaba widoczność, buty uwalone błotem.

Wpadłem na ostatni bufet totalnie przemarznięty, skostniały wręcz;  chcąc coś zjeść i wypić ciepła herbatkę. O ile herbatkę jakoś sobie nalałem do kubka to z jedzeniem był problem gdyż miałem sztywne palce. Ale tak na amen, przypominały bardziej grabie z Tesco niż palce; nie miałem nad nimi żadnej kontroli, wysyłam im impuls z mózgu proszę zgiąć się i chwycić to pomarańczko i wsadzić mi do ust. No i niby jest wyprostowanie się przedramienia, dłoń kieruje się do rzeczonego soczystego owocu palce już go dotykają … ale coś jest nie tak. Niby widzę, że palce dotknęły tego kawałka pomarańczy bo się przesunął ale ja tego nie czuje ! Mało tego moje palce nie zginają się by chwycić, nie mogą są zamarznięte ! Chwytam więc dwoma rękoma owoc i próbuje jakoś dostarczyć tych kilka witamin do organizmu, jednak reszty nie jestem wstanie unieść, daktyle czy jakieś orzeszki przelatują mi przez palce a ja nic na to nie mogę poradzić. Polewanie herbatą tez nic nie dało nawet nie czułem, że jest gorąca.

Pomyślałem, że w sumie zostało 11 km do mety bufet był na 39 trasa ma 50 km więc lecę dalej bo co tu będę siedział. Ale znów coś mi nie daje spokoju. Dlaczego dystans podawany jest jako 50+ skoro ma być 50 km ? No ale lecę jak orzeł jak wilk byle szybciej, byle się rozgrzać ale nie daje rady, jestem zesztywniały całkowicie, odliczam każdy km ba każde 100 metrów 45, 45 …49.

49 a ja ciągle jestem na grani ! Już chyba wiem o co chodzi z tym cholernym plusem. Wpadam na punkt kontrolny na 50 tym kilometrze, gdzie rozchodziły się trasy 50+ i 80+

My w dół a 80+ dalej w górę. Pytam ile do mety ludzie kochani, spoko już końcówka zaledwie 5 km.

Końcówka ? tylko 5 km ? ja mam już bąble na bąblach na stopach słyszę jak pękają i rosną nowe a oni , że jeszcze kolejne cholerne 5 km w deszczu zimnie i znoju ? Spadając w błotnych rynnach nie liczyłem już niczego ani czasu, ani dystansu nie szukałem zabudowań, które powinny już zaraz się pokazać na horyzoncie. Zostałem pokonany przez Beskidy, przez pogodę przez własną niewiedzę. Jednak gdy w końcu przebiegłem mostek nad jakąś tam rzeczką i wpadłem na metę wiedziałem, że oto ukończyłem nie jakiś tam zwykły bieg ultra tylko, że tak musi wyglądać piekło gdy jego szef ma atak szału i,  że skoro nadal stoję i serce mi bije to teraz kolejne ultrasy to bułka z masłem.

 

profil trasy chudy wawrzyniec 50+ 2012
profil trasy chudy wawrzyniec 50+ 2012