Po ostatniej wizycie na Kaukazie gdy byłem w Bezindze  miałem apetyt na więcej. Wybór padł tym razem na Gruzję, przede wszystkim dlatego, że pieciotysięczniki od strony Rosji są bardzo trudne do wejścia a miałem apetyt na 5000 m 🙂 Dwa – wizy w Rosji nadal były drogie a trzy bo organizowała się ekipa na taki wyjazd i się załapałem 🙂 Czego nie żałuję, bo do dziś część tych wspaniałych osób to moi znajomi.

W czasach gdy nie było tanich i bezpośrednich lotów do Gruzji jak to jest dziś dostanie się tam nie było łatwe. My lecieliśmy z Warszawy do Rygi gdzie mieliśmy kilka godzin na zwiedzenie starówki i dalej do Tbilisi. Trochę to wszystko trwało ale dzięki temu mamy chyba wszyscy kolejna atrakcje w pamięci do końca życia, a mianowicie podchodzenie do lądowania w Rydze, omal nie skończyło się na wspólnym obrazowym przekazem z czym w Polsce kojarzy się Ryga, ok nie idźmy dalej ta drogą.

Nocleg mieliśmy załatwiony w Hostelu tylko nie zwróciliśmy uwagi na zmiany czasu hehe więc lokum mieliśmy zarezerwowane dzień później niż się pojawiliśmy, nic to w zestawieniu z gruzińską życzliwością. Jakoś nas przenocowano mimo mega ścisku we wszystkich pokojach. Sama jazda taksówkami do Hostelu też była pełna atrakcji – jechaliśmy dwoma. Jedna jechała normalnie druga natomiast pędziła przez Tblilisi niczym kolumna transportująca I sekretarza. Było szybko, bardzo szybko choć auto zatrzymało się w czasie gdzieś na wysokości roku 56 …

Z tego wszystkiego plus jeszcze zmęczenie nasz kolega zostawił w taksówce kamerę, pieniądze – wszystkie pieniądze oraz dokumenty w tym paszport. Nie zauważył tego sam ani nikt z nas zauważył taksówkarz, który zawrócił z trasy po 10 minutach i odnalazł nas w Hostelu oraz oddał koledze wszystko !

Można ?

W Tbilisi byliśmy dwa dni, zwiedzając jedząć lokalne pyszności oraz co najawąniejsze szukając butki z gazem do kuchenek. Nie było to zadanie proste, pierwszy lepszy westman poddałby się i zawrócił do swojego kraju, my ludzie komuny wiedzieliśmy, że kto kombinuje ten żyje. Zjeździliśmy chyba całe Tbilisi, bylismy w biurach podróży ,do których kierował przewodnik na hasło butle gazowe a okazywały się to być prywatne mieszkania 🙂 Nie przeszkadzało to w miłych rozmowach z lokalsami, którzy zawsze byli przychylnie nastawieni do nas. Ostatecznie udało się kupić butle, trochę przesadziliśmy z ilością ale czytając relację z wejść wiedzieliśmy, że możemy spędzić w obozie na śniegu kilka dni czekając na okno pogodowe…

Mając już wszystko gotowe mogliśmy zacząć się pakować i ruszać w drogę do wioski Kazbegi słynną Drogą Wojenną.

Czy ja napisałem „wszystko spakowane” ?Dobraliśmy się w pary i każdy podzielił się sprzętem, zapasem jedzenia, gazu oraz namiotem. No właśnie – namiotem. Nie wiem jak i dlaczego ale ja i mój partner nie zabraliśmy namiotu hehe on myślał, że ja ja że on i tak, leżąc już na trawie na pierwszym naszym biwaku w Cminda Sameba zadałem od niechcenia pytanie, które przeszło do historii 😉

Może by już rozłożyć namiot Robert, co ?

No i się zaczęło 🙂 Ostatecznie kolega stwierdził,  że chętnie sam wróci do Tbilisi i wróci na drugi dzień i tak podczas gdy on imprezował już w stolicy w Hostelu my spaliśmy w trójkę w namiocie dwu osobowym każdy przykryty puchaczem na -20 stopni minimum a na dworze było tak z 15 w plusie. Było wspaniale 😉

Jak już kolega Robert wrócił z namiotem wyruszyliśmy w kierunku drugiego biwaku – do rzeki. Na razie szło się przez łąki i biwak „nad rzeką” był ostatnim zielonym biwakiem. Dalej już były tylko kamienie i lód ze śniegiem. Kolejnego dnia w planie było przedostanie się przez lodowiec i dotarcie do stacji Meteo. Wejście na lodowiec poprzedzone było przeprawą przez rzekę, sam lodowiec miał tyczki powbijane w miejscach niebezpiecznych więc szło się spokojnie i pewnie. tak samo jak wejście tak i zejście z lodowca nie było proste bo należało przejść przez dość lichy most śnieżny i dalej stromym piargiem do stacji Meteo. Tam rozbiliśmy namioty i zostaliśmy kilka dni by się zaaklimatyzować choć w planach było wejście wyżej na Platou to z uwagi na dość niebezpieczne dojście zrezygnowaliśmy i zostaliśmy w Meteo. Co ostatecznie okazało się błędem bo nie zdołaliśmy zrobić aklimatyzacji bo było za nisko.

Cały czas była bardzo dobra pogoda to nas też rozleniwiło trochę więc kwitło życie towarzyskie, poznawaliśmy inne osoby z obozu. Aż nadszedł dzień ataku.

Droga z Meteo prowadzi najpierw wzdłuż skały, z której cały czas lecą głazy nawet w nocy jak jest mróz i potem wbija się przez platou do siodła i dalej na szczyt. Trudności nie ma chyba,  że się pobłądzi w nocy i o świcie okaże się , że jest się na środku dziurawego jak ser lodowca tak jak my 🙂 Nie wiem jakim cudem ale nikt nie zginał bo dziury były tam ogromne. Całe szczęście mróz trzymał mostki śnieżne i nas utrzymały . Z lodowca schodziliśmy już niemal w pełnym Słońcu i niemal słychać było jak mostki zawalają się za nami.

Została do pokonania ostatnia prosta, długa droga na szczyt w pełnym Słońcu – bosko ! Słoneczko sponiewierało nas konkretnie wyciągając energię szybciej niż LTE z baterii smartfona do tego dochodziła wysokość bez dobrej aklimatyzacji. Naszego kolegę ostro sponiewierało przy zejściu i musieliśmy go asekurować całą drogę powrotną do Meteo. Zresztą osób, które miały tam problem z wysokością widzieliśmy więcej w innych ekipach. Nie ma żartów z taką wysokością niestety, Kazbek to samotna góra i nie ma za bardzo gdzie tej aklimatyzacji na miejscu zrobić. Może jednak opcja z wejściem na Platiou była dobra raz, że za dnia poznałoby się drogę na szczyt przez najtrudniejszy fragment dwa tam już było ponad 4000 m więc aklimatyzacja jak się patrzy. No cóż człowiek uczy się na błędach.

Najważniejsze, że ci co wyszli na szczyt weszli i wrócili cało.

Na cały wyjazd mieliśmy dwa tygodnie, bo braliśmy pod uwagę, że raczej trzeba będzie czekać na okno pogodowe, które my jednak mieliśmy podczas całego wyjazdu ! Zatem co tu robić dalej ? Po rozmowach ustaliliśmy że zwiedzamy Gruzję. Dotarliśmy aż pod granice z Turcją, kąpaliśmy się w Morzu Czarnym, jeździliśmy i pociągami i autobusikami i wszędzie byliśmy przyjaźnie witani. Tyle toastów za Prezydenta RP co w Gruzji nie wypiliśmy chyba nigdzie 🙂 Wystarczyło, że w jakiejkolwiek knajpie usłyszano, że rozmawiamy po polsku zaraz pojawił się jakiś lokals i chciał pić z nami toast 🙂

 

 

widok ze szczytu:

Czasy przejść:

Kazbegi- Cminda Sameba –  (miejsce na biwak) 1 godz. 15 min

Cminda Sameba – Rzeka (miejsce na biwak) – ok. 3 godz.

Rzeka – Meteostacja – ok. 3 godz.

Meteostacja – Szczyt ok. 6 godz.

Powrót: Szczyt – Meteostacja ok. 4 godz.

Meteostacja – Kazbegi ok. 6 godzin