Kilka lat temu Maciej rzucił pomysł „Tej, a może pojedziemy na Toubkal zimą ? ” Odparłem zanim nawet pomyślałem, „Jasne kiedy lecimy ?” Minęło kilka lat, życie się zmieniło, jestem w innym miejscu niż wtedy, starszy, co innego robie mam inne życie. Jednak wypowiedziane wtedy słowa były ciągle ze mną, ze wszystkimi moimi zmianami aż nastał ten dzień, że udało się zrealizować ten pomysł.

Tak oto w marcu 2020 roku chwili gdy do Polski trafił korona wirus wyruszyłem w drogę na szczyt Atlasu Wysokiego – górę Toubkal mającą 4167 m n.p.m.

Z Wrocławia najpierw musieliśmy dostać się do Berlina na samolot i stamtąd do Marakeszu. Zaczęło się od prawie 2 godzinnej obsuwie – czekaliśmy w samolocie na możliwość wystartowania ale w końcu lądujemy w Marakeszu jakoś po 18 łapiąc się na resztki gorącego słońca. Na lotnisku też spędziliśmy dłużej niż to przeważnie bywa – biurokracja w tym kraju jest dość duża 🙂 Aby wyjść najpierw trzeba było wypełnić formularz, tysiące osób w kolejce i brak długopisów 🙂 Straciliśmy kolejną godzinę 🙂 Potem kontrola, jedna, druga…w końcu udało się wyjść i od tego momentu wszystko szło już gładko.

Wynajęliśmy przewodnika, w zasadzie firmę, która miała się nami opiekować od przylot do wylotu. Kierowca czekał na lotnisku i zaraz nas zawiózł do Hotelu tam kolacyjka i rano po śniadaniu znów wita nas ten sam kierowca i zawozi nas do Imilil , czyli punktu skąd startuje się na szlak na Toubkal.

Znów kawka i obowiązkowo miętowa herbatka oraz przepak. Zostawiamy zbędne rzeczy i ruszamy z naszym przewodnikiem na szlak. Czeka nas 11.5 km trasy do schroniska po drodze mamy lunch. Pod Toubkal są dwa schroniska jedno koło drugiego.  Refuge du Toubkal oraz Refuge Toubkal Les Mouflons. My spaliśmy w tym drugim – standard dość słaby, woda ciepła ma humory a prąd jest tylko kilka godzin.

Rano pobudka o 4 rano i wyjście o 5. Trasa na szczyt i powrót to około 5 godzin tak na luzie. Mimo, że to marzec to śniegu nie było zatem raki i czekan były zbędne.Do samego schroniska polecam iść w lekkich butach i nie zapomnieć o nakryciu głowy oraz najlepiej zasłonić się przed słoncem. Po drodze są chyba 4 kontrole gdzie spiszą wasze paszporty oraz kilka miejsc gdzie można kupić wodę, colę czy sok ze świeżo wyciśniętych cytrusów.

Na szczyt zabrałem 1,5 litra wody i idealnie to wystarczyło. Było ok -5 stopni i na podejściu w zasadzie było idealnie. Zimno było na przełęczy pod samym szczytem ok 40 minut drogi na szczyt. Mimo, że właśnie wzeszło słońce to nie grzało tam nic i ręce mi zmarzły bardzo mocno. Szliśmy wolno i robiliśmy przerwy chyba 2-3 razy więc nie było problemów z wysokością, do tego dużo piliśmy. Jeden z kolegów miał delikatne problemy z żołądkiem ale nic strasznego na szczęście. Na szczycie było już cieplej a pogoda pozwalała na cieszenie się byciem tu i teraz.

Schodziliśmy tą samą drogą choć wstępnie rozważaliśmy zejście drogą północną z uwagi na „atrakcję” w postaci rozbitego samolotu po drodze. Minusem tej trasy jest jednak to, że jest to szlak mało uczęszczany co przekłada się na schodzenie piargiem o dość stromym nachyleniu. Kto wie co to piargi ten wie, że nie wato 🙂 Na dodatek ta trasa jest dłuższa o godzinę no i omija się schronisko więc nie ma mowy o zostawieniu tam zbędnych rzeczy przed wyjściem na szczyt. Zatem decyzja była prosta – wracamy tą samą drogą 🙂

W schronisku odpoczęliśmy moment by po chwili ruszyć dalej w kierunku Imilil po drodze znów lunch.Cała droga ze schroniska na szczyt i powrót do Imilil to 18 km więc całkiem znośnie.

W Imilil czekała na nas miętowa herbatka i kierowca, który odwiózł nas do Marakeszu, z którego rano po śniadaniu zawiózł nas na lotnisko.

Całość zajęła nam 4 dni idealny break w super miejscu. Byłem tu pierwszy raz ale Maroko mnie zauroczyło. Jeśli wszędzie jest tak jak w Marakeszu to chętnie tu wrócę może nad ocean.