Koniec Świata jest tak samo ciekawy i piękny jak każde inne miejsce na Ziemi – wizyta w Erto

Każde miejsce ma coś wartego zobaczenia i poznania choćby to był koniec Świata.

Całkowity przypadek sprawił, że trafiłem do osady Erto położonej kilka km nad miejscowością Longarone. Przygoda z tym miejscem rozpoczęła się, gdy kończyła się inna – Dolomiti Extreme Trail. Tuż po ceremonii wręczania nagród najlepszym zawodnikom zawodów, gdzie Magda odbierała oklaski za zajęcie 2 miejsca zakończył się nasz pobyt w Forno di Zoldo i zostaliśmy z plecakami na ulicy. Miejsce do spania zalazłem przypadkowo szukając według kryteriów: cena oraz bliskość transportu na lotnisko, oddalonego ok 120 km. Zostały nam dwa dni bez noclegu z uwagi na zawirowania z transportem do Włoch i los sprawił nam niespodziankę w postaci nowego miejsca pobytu. Jako, że miejscowości górskie przeważnie mają słabą sieć połączeń a my nie mieliśmy auta postanowiliśmy złapać stopa.Magda profesjonalnie podeszła do tematu i zaczęła przygotowywania 🙂

Podczas gdy  Magda poszła na zakupy do sklepu ja podszedłem do Włocha pakującego się na parkingu i spytałem czy nas zabierze na dół do Longarone. Zgodził się od razu. Okazało się, że dziś startował w biegu na krótszym dystansie w tej samej imprezie co my dzień wcześniej zatem drogę do Longarone opowiadaliśmy o przeżyciach związanych z bieganiem 🙂

Ok jesteśmy w Longarone tylko co dalej 🙂 Według google maps nasza nowa miejscówka oddalona jest o 25 km wg informacji od właścicielki apartamentu to zaledwie kilka km, nasze rozmowy odbywały się po włosku z lekką domieszką angielskiego więc za dużo nie rozumieliśmy o co chodzi 🙂 Było pewne, że musimy wyjechać z Longarone gdzieś choć dokładnie nie było wiadomo gdzie tyle, że w góry w kierunku: Caso ? Caso Erto ? Erto ? Musieliśmy wyjść z centrum miasteczka i udać się na drogę prowadzącą w tym kierunku i tam chcieliśmy łapać kolejnego stopa.  Wystarczyło machnąć raz 🙂 Zatrzymała się para wspinaczy i ruszyliśmy dziarsko pod górę serpentynami wprost w kierunku tamy wiszącej nad Longarone.

Już z centrum było widać wąski pas betonu wbity pomiędzy dwa szczyty, wąski i wysoki niczym zadrapanie na skórze. Tama ta w momencie jej ukończenia była najwyższą zaporą wodną na świecie: należał do niej absolutny rekord piętrzenia wody, wynoszący 261,6 m. Za długo nie pojechaliśmy bo po 2 km pojawił się korek u wlotu do tunelu. Okazało się, że był wypadek motocyklisty i trafiliśmy na akcje ratowniczą z użyciem helikoptera. Zapytałem kierowcę czy wie gdzie jest apartament, do którego mamy się dostać pokazując mu adres. Okazało się, że wie i nas tam zawiezie mimo, że musi zjechać z głównej drogi 1 km. To z kolei zapoczątkowało dalszą rozmowę. Zainteresowali się, dlaczego akurat tu przyjechaliśmy i czy znamy historię tego rejonu. Faktycznie miejsce raczej mało uczęszczane przez obcokrajowców…. Tak więc podczas gdy ratownicy wydobywali motocyklistę gdzieś znad przepaści poznawaliśmy historię tej ziemi.

To mała zadra w skale, czyli mało widoczna wąska tama schowana w wysokich strzelistych skałach skrywała po drugiej stronie śmierć, która w październiku 1963 roku przetoczyła się nad nią i uderzyła całą swoją mocą na Longarone pogrążone w śnie. Niszcząc miasteczko doszczętnie i zabijając 2000 ludzi w ułamku sekundy. To samo zrobiła z miasteczkami Erto i Caso po drugiej stronie tamy. Wszystko to było dla nas nierealne, myślałem że to kwestia słabego angielskiego bo Włosi dość słabo nimi władali, że zakradł się jakiś błąd, 2000 osób …. Staliśmy w korku pod tunelem wydrążonym w skale będącym jedyną drogą by dostać się za tamę, do tych miasteczek, doszczętnie zniszczonych przez falę z jeziorka za tamą i poznawaliśmy coraz więcej szczegółów tej historii. Po chwili wszyscy stojący w korku patrzyli na helikopter, do którego na linie przypięte były nosze z motocyklistą my cofnęliśmy się do 1963 roku. Za tunelem, przez który właśnie wjechaliśmy znajduje się góra, z której tamtego roku obsunęło się ponad 250 mln m³ ziemi.

Zapewne dogodne warunki posadowienia samej zapory spowodowały, że zbagatelizowane zostały niektóre obserwacje geologiczne na zboczach zbiornika. Jeszcze przed spiętrzeniem wody, 4 listopada 1960 r., nastąpiło pierwsze osunięcie części zbocza. Przeprowadzone wówczas dokładniejsze badanie tego fragmentu zbocza wykazało, że jest ono zbudowane z wapieni, dolomitów i skał krzemionkowych, poprzekładanych łupkami, sprzyjającymi powstawaniu stref ześlizgu. Usunięto gruz z doliny, a feralny odcinek zbocza utrwalono zastrzykami cementowymi. Zdarzenie to pokazało, że kalkulacje ekspertów spółki nie były dokładne i trzeba się liczyć z możliwym zagrożeniem dla doliny.
We wrześniu 1963 r. nastąpiły w regionie silne opady deszczu. Namoknięte warstwy łupków z każdym dniem traciły zwięzłość i stanowiły coraz lepszą warstwę poślizgową. Na dziesięć dni przed katastrofą stwierdzono uaktywnienie się procesów spełzywania gruntu, które osiągnęło szybkość 41 cm na dobę. Po dłuższych wahaniach nadzór zapory zdecydował się na otwarcie upustów i odprowadzenie części wody. Do chwili katastrofy poziom lustra wody obniżono o 23 m.
9 października 1963 r. o godzinie 22:39 doszło do katastrofy. Z namokniętego wodą zbocza Monte Toc, na szerokości blisko 3 km, do zbiornika powyżej zapory zjechało z prędkością 110 km/h 240-270 mln m³ skał, ziemi, drzew. Przy wysokim stanie wody w zbiorniku spowodowało to jej spiętrzenie i powstanie dwóch fal powodziowych. Jedna zniszczyła szereg przysiółków na zboczach po przeciwnej stronie zbiornika i powyżej niego. Druga przelała się przez koronę zapory. W wyniku tego powstała fala 70-metrowej wysokości, która pędząc wąską doliną poniżej zapory z prędkością blisko 100 km/h zrównała z powierzchnią ziemi miejscowości Pirago, Rivalta, Villanova, Faè i położoną u wylotu doliny Vajont miejscowość Longarone, zabijając 1917 osób. Sama zapora nie uległa większemu zniszczeniu. Zbiornik Vajont został wypełniony gruzem skalnym do wysokości 175 m i tym samym stracił większość swych własności retencyjnych.

Opowieść o tym zakończyła się w momencie gdy wyjechaliśmy z tunelu i naszym oczom ukazała się ta góra, teraz błyszcząca łupkiem w Słońcu.

Po chwili dojeżdżamy do naszej osady Erto, która wygląda na opuszczoną.

Zabudowa z daleka wyglądała na w miarę ok jednak z bliska widać było, że to zniszczone miasteczko. Wiele domów jest pustych i zniszczonych. Mimo, że domków jest niewiele to nie udaje mi się odszukać naszego apartamentu z uwagi na brak numerów na domach. Podszedłem w grupki lokalsów spytać o drogę pokazując im adres. Powiedziałem, że szukam tego adresu i że mam tam rezerwację na nocleg na dwa dni. Starszy Pan powiedział, że może mi pomóc i mam iść za nim. Zaprowadził mnie do jakiegoś domu na którym był numer ale nie taki jakiego szukałem, zatem pytam czy to aby na pewno jest ten zarezerwowany apartament, gość odpowiada że tak spoko możemy tutaj spać pokazując pokoje, kuchnie i łazienki. No ok może być. Ale po chwili mówi, że lokal nie jest jeszcze skończony i np nie ma prądu w sypialni na górze , no ok mam czołówkę więc dam radę. No i, że łazienka na gorze też nie skończona, dobra to umyję się na dole. Na koniec mówi, że jakby ktoś się pytał to jesteśmy jego znajomymi nie turystami i nie płacimy za nocleg. No nie to na pewno nie jest nasza miejscówka 🙂 Pokazuje facetowi raz jeszcze adres i zdjęcie apartamentu wtedy on jakby dopiero to zobaczył, mówi że to nie tu ale nas zaprowadzi 🙂 Po chwili lądujemy pod drzwiami naszej chatki jednak jak i inne i ta jest pusta. Nie ma tam nikogo. Włoch postanawia nam pomóc, daje mu numer telefonu i telefon do właścicielki i dzwoni do niej. Dzięki temu udaje się załatwić klucz do domu i po chwili pojawia się ktoś z obsługi – możemy się wprowadzać – a końcu 🙂

Na drugi dzień postanowiłem zbadać okolicę, bo miasteczko obejść można w 5 minut co zrobiliśmy wieczorem szukając sklepu, którego tam nie ma haha Magda została na tarasie by restować się po zawodach

ja wybrałem okoliczne piony w myśl jest góra to trzeba na nią wejść. Szedłem jakąś ścieżką wychodzącą z miasteczka w kierunku gór nie mając pojęcia dokąd mnie zaprowadzi. Była oznaczona jako szlak i pojawiły się nawet jakieś nazwy na tabliczkach zatem uznałem, że to dobry szlak. Od początku trasa mocno wbijała się do góry a sam szlak za łąkami, na których wypasano owce coraz bardziej był zarośnięty.

Ostatecznie drogi praktycznie nie było miejscami, jedynie na drzewach były czerwone kropki symbolizujące szlak.

Było bardzo stromo ale pięknie dlatego przedzierałem się przez pokrzywy i krzaki wyżej i wyżej co rusz napotykając na jakieś ciekawe i piękne miejsca. Ostatecznie całość trasy to 10 km i niemal 1000 m w pionie !

 

Relive ‚Morning Hike’

Rewelacyjna trasa, choć chyba mało kto tam chodzi a część trasy szedłem na kompas. Po zejściu do miasteczka postanowiliśmy pojechać do Longarone na zakupy i sprawdzić połączenia do Wenecji na lotnisko. Uszliśmy może z 300 m gdy zatrzymał się samochód a z jego wnętrza kierowca nas zapraszał do środka – oczywiście po włosku 🙂 Zawiózł nas do Longarone prosto pod sklep. Zrobiliśmy zakupy oraz sprawdziliśmy skąd i co jedzie do Wenecji i postanowiliśmy wracać do naszej osady bo od południa nadchodziły burzowe chmury a wizja 5 km spaceru pod górę w burzy bez odpowiedniego ubioru nie napawała pozytywnie. Tym razem nie było już tak łatwo złapać stopa :/ Zaczął już lekko padać deszcz i błyskało się solidnie a z wąwozu między górami wylewała się czarna chmura, wtedy zatrzymała się czarna Alfa Romeo Gullia z nie mówiącym po angielsku kierowcą. Gość był pasjonatem salsy i z głośników brzmiały latynoskie rytmy. Miła i szybka to była droga. Do domu wchodzimy dokładnie w momencie gdy z nieba wylewa się cała zawartość chmur.

Rankiem kolejnego dnia opuszczaliśmy już naszą miejscowość, która jak się okazało miała dużo ciekawych atrakcji choć na pierwszy rzut oka wyglądało to na miejsce kręcenia horrorów i opuszczone przez ludzi. Ci którzy tu mieszkali okazali się być bardzo mili, okolica nad wyraz ładna, interesująca i atrakcyjna na trekking czy wspinaczkę (jest tu nawet via ferrata jako hołd zabitym w katastrofie) jest też to idealne miejsce z dala od cywilizacji gdzie można zapomnieć o całym Świecie.