Po niedawnej wizycie po czeskiej stronie Karkonoszy zapragnąłem więcej, nie wiem czy to kwestia nowego terenu czy faktycznie od strony czeskiej Karkonosze jakieś ładniejsze są. Narysowałem trasę wgrałem do zegarka i można było ruszać. W piątek w nocy meldujemy się, dwóch Tomków Józef i ja w Karpaczu, zakładamy plecaki włączamy czołówki i w drogę do Samotni. Na starcie nie było śniegu tylko czarny lód na asfalcie ale już od 1150 m n.p.m wszystko było białe i jeszcze coś sypało nie wiem czy z drzew czy z nieba. Koło 12 w nocy lądujemy w schronisku. Brak kontaktów w pokoju zmusił nas do zejścia na sale by podładować telefony, a takie coś nie kończy się na samym ładowaniu i tak spanie zaczynamy jakoś po 2 w nocy 😉

taka pogodę mieliśmy na starcie
taka pogodę mieliśmy na starcie

Sobota przywitała nas słoneczkiem, zatem szybkie śniadanko rozgrzewka i niebawem staliśmy gotowi do biegu. Pierwsze dwa kilometry to wspinaczka na grań dalej odbijamy w kierunku Śnieżki. Pogoda idealna, buty wgryzają się w śnieg i lód.

początek trasy
początek trasy

Przy schronisku pod Śnieżką przebiegamy już na stronę czeską kierując się na Klinovkę. Warunki są dobre, nie idealne bo jest trochę zapadającego się śniegu ale ta część trasy jest dość często chodzona. Po drodze mijamy trochę osób na biegówkach i kilku turystów. Zbiegamy na Klinovke tu pogoda trochę się popsuła, chmury były nisko ale nie padało nic.

Klinovka
Klinovka

Do tego teraz musieliśmy przebić się łącznikiem na północ, który był dziewiczym szlakiem. Nikt nim nie szedł więc my się przebiegliśmy 😉 Na szczęście łącznik nie był długi a jak przebiliśmy się przywitały nas piękne widoki i słońce.

 

W moim odczuciu od tego miejsca zaczyna się najpiękniejsza fragment tej trasy, najpierw mamy zbieg zygzakami w kopnym śniegu by dalej biec wzdłuż warstwicy mając wspaniałe widoki przed sobą i po prawej stronie. Tak dobiegamy do nartostrad Szpindlerowego Młyna i jedną z nich zbiegamy do ośrodka i tu robimy rest na posiłek. Od teraz będziemy wspinać się na grań więc trzeba podładować akumulatorki trochę. Czesi już odpalili sezon narciarski, całkiem dużo jest narciarzy. Po krótkiej przerwie ruszamy dalej kierując się na schronisko Odrodzenie po drodze przebiegając przez rzekę Biała Łaba. Podejście na grań jest łagodne na całej długości i w sumie można spokojnie całość podbiegać.

W Odrodzeniu robimy ostatni przestanek na ciepłą zupkę. Suszymy trochę ciuchy podczas posiłku zakładamy czołówki bo końcówka trasy będzie już ich wymagała i w drogę.

Zrobiłem błąd nie zabierając skarpet na zmianę a te które miałem na nogach były całe mokre tak samo jak buty. Niestety na dworze zrobiło się zimniej z uwagi na nadchodzący zmrok. Jedyne wyjście to przyśpieszyć bieg 🙂 Tak też robię ale stopy rozgrzewają się dopiero po 2-3 km. Zresztą jakbym miał suche nogi i tak musiałbym szybko biec, gdyż zmuszał mnie do tego zjedzony przed chwilą żurek w schronisku.

Został już tylko 2 km zbieg do Samotni, który już robię z zapaloną czołówką.

Biała Łaba
Biała Łaba

Wieczorem dołączają do nas znajomi, Wojtek i Grzesiek, którzy trekkingowo zaliczyli trasę ze Szklarskiej granią do Strzechy Akademickiej. Dla Grzesia to była pierwsza wyprawa w góry zimą więc był dość zmęczony 20 km trekkingiem 🙂 Rozmawiało się dobrze i znów kończymy koło 2-3 w nocy.

sobotnia trasa
sobotnia trasa

Niedzielny poranek zatem był ciężki na dodatek wiało strasznie i padał śnieg. Mimo przeciwności losu postanawiamy z Tomkiem przebiec się chociaż na Śnieżkę. Natomiast Józef z Drugim Tomkiem zmęczeni nocną rozmową wybierają rest w schronisku.

Warunki były naprawdę ciężkie na bieganie ale udało się, choć na samym szczycie wiało tak, że miałem problemy z ustaniem 🙂 Dzień wcześniej było niemal bezwietrznie i słonecznie a dziś armagedon 🙂

w niedzielę upałów nie było
w niedzielę upałów nie było

Jednak dzięki temu, wiedzieliśmy jaka jest pokrywa śnieżna na szczycie i widzieliśmy jakie są warunki na zamkniętym szlaku ze Śnieżki, dlatego dziś postanowiliśmy zbiec właśnie ta trasą. Gdyż zbieganie po schodach w takiej wichurze nie wydawało nam się dobrym pomysłem. Ten odcinek był najtrudniejszy z całego wyjazdu. Wiatr to jedno ale do tego waliło w nas całą masą lodowych iskierek. Ja miałem okulary i jakoś dawałem radę Tomek nie, więc musiał zasłaniać twarz rękoma więc szedł po moich śladach, które widział w szczelinie między rękoma a twarzą 🙂 Lekko nie było ale dał radę.

W schronisku szybka kąpiel, przebranie się i w drogę do Karpacza. Wszystko się udało, było bieganie dwu dniowe czas na pogadanie i planowanie kolejnych wypadów. Dzięki chłopaki za wyjazd i do zobaczenia na następnym.