Gdy jedziemy nową trasą w nowym nieznanym miejscu a potem wracamy do punktu startu tą samą drogą wydaje się, że droga powrotna mija szybciej. Patrząc na zegarek wcale tak nie musi być ale odczuwamy własnie w ten sposób. Odpowiedzialne za to jest znudzenie mózgu. Jak jest coś nowego to mózg się tym interesuje i rejestruje nowe rzeczy , zwracamy uwagę na szczegóły trasy jednak w drodze powrotnej nie ma tam już nic nowego i niejako przesypiamy to i w efekcie mamy złudzenie, że jedziemy szybciej. Wiedząc o tym mechaniźmie uległem namową by wystartować w ultra na dystansie 120 km – Lavaredo Ultra Trail (LUT). Tak 120 km to ciut za dużo jak dla mnie by bawić się bieganiem  ale trasa LUT powiela się z trasa Cortina Ultra Trail, którą biegłem dwa razy. Zatem pomyślałem, że skoro końcówka to bieg po trasie Cortiny to korzystając z lenistwa mózgu przelece to nawet nie zauważając tym samym dam radę przetrwać taki dystans.

W Cortinie, mieście startu i mety LUT melduje się we wtorek pod koniec dnia na 3 dni przed zawodami. Mało czasu ale postaraliśmy się zaaklimatyzować jak to tylko możliwe w tak krótkim czasie. W środę zrobiliśmy dwie ferraty na dużej wysokości i dodatkowo jeszcze trekking na najwyższym punkcie zawodów czyli Tre Cime.

Czwartek rest z kąpielą w lodowatym jeziorze górskim – można powiedzieć, że morsowałem 🙂 A w piątek w południe bylismy jeszcze na przedostatnim punkcie trasy kibicując Anecie, która rano biegła Cortina Ultra Trail. Zatem aklimatyzacja wydawała się być ok.

Reszta dnia upływała leniwie z przerwą na mini golfa i pasta party. Jednak cały dzień byłem niewyspany kompletnie bez powodu bo spałem wystaczająca ilość godzin, czułem się zmęczony i bez energii.

Na metę przybywamy kilka minut przed startem razem z Anetą, Qnfim i Kubą bo Tomek chyba chciał wygrać główną nagrodę czyli Audii i był niemal godzinę wcześniej.

Muzyczka do startu nie była już tak energetyczna jak to było w przypadku Cortina Trail tu chyba organizator stwierdził, że nie ma co nas rozkręcać byśmy się nie wypalili za szybko 🙂 Uśmiechamy się, poklepujemy, gadamy z innymi biegaczami jednak ja nie mam chęci biec za bardzo. Raz, że nie wyspany dwa z bolącym brzuchem. Liczyłem, że to nerwówka przed startowa i mi przejdzie jak zawsze na teraz pozostało robić swoje – biec. Jako, że przyszliśmy pod koniec stalismy poza głównym nurtem biegaczy gdzieś hen daleko za barierkami i jak zaczęło się odliczanie cała ta masa zaczęła się ścirśniać coraz bardziej i bardziej. Niewiele brakowało byśmy zostali zmiażdżeni przez tłum ale mamy pierwszy sukces udało się przezyć zatem już jesteśmy zwycięzcami !

Pierwsze kilomterty to coś wspaniałego – biegnie się w tłumie innych biegaczy pośród krzyków, oklasków i innych dżwięków wydobywanych przez kibiców tworzących szpaler po obu stronach drogi. Włosi umieją dopingować i kochają to, na każdym biegu jaki miałem okazje u nich biegać na kibiców można było liczyć zawsze nawet gdzieś wysoko w górach !

Jak tylko skończył się asfalt weszliśmy w świat pionowy. Stromo, ciemno i masa kurzu od setek butów uderzających miarowo o ziemię. Pot mieszał się z kurzem i zatykał płuca a to pierwsze podejście. Ten fragment to jeszcze trasa Cortiny i wiedziałem, że po wspinaniu jest długi prosty single track, na którym można odsapnąć a potem mały staw który za każdym razem mnei zachwyca. Chwyciłem się tego obrazka i zapomniałem o otaczających warunkach odpychając się na kijkach pokonywałem przewyższenia.

Tak miałem plan na ten bieg – ale szlag go trafił. Planowałem pierwsze 60 km biec spokojnie no ale jak biec spokojnie od startu jak każdy rwie niczym Big Racket, najszybszy koń na Świecie, który osiągnął zdumiewającą prędkość 69,9 km/h w gonitwie na ćwierć mili w Meksyku 5 lutego 1945 r. No jak ?! Zatem poddałem się choć rozum czasami wygrywał i stopował organizm ale wystarczyło, że ktoś mnie wypżedził i po planie. W ten sposób mijam mój stawek znów zachwycając się pięknem tego miejsca delikatnie tylko oświetlonego czołówkami biegaczy i biegnę dalej by po chwili skręcić na nowe nieznane mi ścieżki trasy LUT. Tu wszystko jest nowe i mózg chłonie każdy kawałek trasy przez co wydłuża mi sie ona dość znacznie. Jednak zachowana jest równowaga bo nowe miejsca są ekscytujace mimo panującej ciemności co powoduje zaciekawienie i radość bycia tu i teraz. Na razie biegnie się ok, bruch trochę boli ale nie ma tragedii palec z którym mam problemy jakiś czas jeszcze się nie odzywa ale wiem, że zacznie – zawsze zaczyna a na 30 km to już bardzo. Tu o dziwo jeszcze nie, chyba za dużo boźdców blokuje impuls bólu zatem dobra moja 🙂

Ten fragment biegnę sam Qnfi taktycznie nie wyrwał sie do przodu jak przystało na dobrego stratega a Tomek mając przewagę przed startem jest gdzieć daaaleko z przodu. Z roku na rok coraz więcej polaków startuje w tym biegu i co rusz kogoś spotykam i jest okazja by pogadać chwilę odrywając się od samotności w ciemnym lesie. Tak na przemian to samotnie to gawedząc docieram do Jeziora Misurina. Urokliwe miejsce. Za każdym razem jak tu jestem musze przystanąć i nacieszyć oczy tak też było i teraz. Stałem tak i patrzyłem na to piękno, żałując że jeszcze nie ma wschodu Słońca choć już świtało to brakowało kilku minut by było cudownie. Zastanawiałem się czy nie poczekać na Słońce i jak tak stałem pojawiła się myśl: „dlaczego o tym pomyślałem, przecież są zawody powinienem biec a nie patrzeć na Słoneczko”. No i dotarło do mnie, że miałem kilka prób zjedzenia czegoś na bufetach i nic nie mogłem zjeść bo wszystko stawało mi w gardle, Ratowałem się batonem i żelem ale efekt był taki sam. Jedyne co przyjąłem od kilku godzin to woda. Im dłużej stałem tym bardziej czułem się osłabiony bo do świadomości pozbawionej nowych bodźców docierała prawda, święta prawda czy też gówno prawda. Nie jadłem i leciałem na euforii nie energii. Niby też na „e” ale to raczej z tych „e” przy których podnosi się automatycznie brew a twarz przybiera głupkowaty wygląd. Zatem miałem „eeee ???” a nie energia. Wiem, ż eusiałem ruszyć się z tego miejsca by zająć się zdobywaniem góry, która teraz na mnie czekała. i to nie byle jakie podejście, znam je dobrze. Podejście pod Tre Cime z Misuriny nie jest lekkie. A ja stałem i coraz więcej do mnie docierało łącznie z bólem palca i żołądka, który trawił z braku laku moje mięśnie. Na szczęście z letarku wyrwała mnie grupa biegaczy, z których jeden trącił mnie kijkiem. Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem wspinać się na bufet przy parkingu pod Tre Cime licząc, że tam zjem rosół i on mnie naprawi.

To była ciężka przeprawa, widziałeem siebie jak postać z gry której ubywa energii, 90, 90, 20, 10, 2,1 RED ALERT ! ale skupiłem się na tym rosole i parłem do góry. Na górze dogoniłem Tomka, który wyglądał jakby go ktoś połknął, przerzuł i wypluł z odrazą. Teraz taki wypluty siedział z błądzącym wzrokiem po kilku mocniejszych klepnięciach dopiero zauważył, że to ja. Posiedzieliśmy tam sporo czasu, ja wypiłem trochę wody z rosołu. Skorzystalismy jeszcze z toalety w schronisku, w którym właściciel zakręcił wodę w kranach zostawiając karteczkę informującą o awarii 🙂 No trudno, nie zamknęli przynajmniej kibli jak to często się dzieje u nas.

Ten fragment aż do przepaku na 65 czy 67 km był w miarę spokojnym odcinkiem. Najpierw jedna z najpięknieszych panoram  na trasie więc co chwila przerwa na fotkę musiała być tym bardziej, że szczyty skąpane były jeszcze w porannych chmurkach a w dole majaczyło niewyraźnie zaspane miasteczko. Dalej to już Tre Cime i ustawki pod fotografów, którzy zawsze czają się w tym miejscu a potem zbieg szalony zbieg bardzo techniczny, kręty taki jak lubię najbardziej. Tu postanawiam pobiec normalnie jak zawsze czerpiąc radość z każdego kroku i jednocześnie sprawdzając czy dam radę biec dalej bo czułem się fatalnie i w zasadzie chciałem to skończyć. Ruszylismy z Tomkiem w dół co krok to się rozpędzając, mijaliśmy biegaczy coraz szybciej i szybciej biegnąc poniżejj 4 minut na km. Tak uwielbiam takie zbiegi, kamienie uciekały  spod butów niczym karaluchy od światła. Głowa skupiła się tylko na 2 kolejnych krokach reszta myśli została za firewallem. Ważne było w tym momencie gdzie postawić stopę teraz i gdzie skierować ciało w kolejnym ruchu. Swiąt skurczył się do tych 2 pytań a całe Dolomity skurczyły się do 2 metrów ścieżki przede mną. Tak spadaliśmy kilka kilometrów. To był dla mnie najpiekniejszy odcinek całych zawodów. Dzięki Tomek za towarzystwo. Oboje lubimy rywalizację i ten zbieg nas ożywił bardzo. Jednak każdy zbieg się kończy a ten skończył się płaskim odcinkiem, jakaś rzeczka którą trzeba było przejść potem jezioro nad którym dopiero co robiliśmy morsowanie a jeszcze dalej nudna jak flaki z olejem długa płaska prosta szeroka droga, na której dogoniły mnie wszystkie te myśli i informacje na temat stanu zdrowia. Taki self check trafił mnie swoim wnioskiem prosto w twarz prosto między oczy nokautując natychmiast. Jasne było, że nie pobiegnę dalej. Energia się spaliła na zbiegu do cna teraz miałem już zaciągnięty spory dług. Palec pulsował. Nie szedłem tylko człapałem do kolejnego punktu, który cały czas był 2 km dalej. Co chwila pytaliśmy mijanych ludzi ile do punktu – 2 km. Jak to bywa po najlepszym momencie przychodzi najgorszy. Po euforii na zbiegu miałem teraz całkowity zjazd, byłem w takim dole, że nie ma takiej długiej drabiny która mogłą by mnie wyciągnać. Na szczęście Tomek odżył i widać było, że chce i pobiegnie dalej a ja będę dla niego balastem. Postanowiłem, że kończę i zdjejmuję numer. Tomek przebrał się, najadł i ruszył dalej a ja biłem się z myślami co robić dalej. Wiadomo było, że nie będę biegł może coś tam trochę zbiegnę ale po zawdodach dla mnie. Jeść dalej nie mogłem. To połowa trasy a najtrudniejsze fragmenty dopiero się zaczną, szczególnie ponad 10 km podejście wpełnym Słońcu na Val Travenanzes. Jednak to też piekna trasa a pogoda dopisywała, co w Dolomitach nie jest częste. Zapas czasowy miałem spory i spokonjnie mogłem się z nim zmieścić jednak czy dam radę. Tu mam transport do Cortiny po kolejnych 8 km jest kolejne miejsce gdzie mogę się wycofać i spokojnie wrócić autobusem ale jak mine tamten punkt to muszę już ukończyć. Poleżałem tam jeszcze z godzinkę i ruszyłem w trasę z numerem. To była dobra decyzja. Dawno nie chodziłem na takim luzie po górach. Zawsze szybko, biegiem rzucając pośpieszne spojrzenia na okolicę przez co w głowie miałem kalejdoskop poskładany z wycinków okolicy. Treaz pozwalałem sobie na zwiedzanie okolicy, a było co podziwiać ! Choćby wąwóz tak głęboki, że niemal nie było widać rzeki, którą nie sposób było nie usłyszeć. Jeziora, pasma górskie no po prostu bajka. Często kładłem się na trawie i leżałem patrząc na ten krajobraz.

Było coraz cieplej, Słońce paliło straszliwie. Czapka moczona w górskim strumieniu wysychała na głowie po kilku minutach zatem wyczekiwałem z utęsknieniem rzeki, którą niebawem trzebą będzie pokonywać w bród kilkukrotnie. Riu Travenanzes. Pamiętam kilka lat temu gdy pierwszy raz ją przechodziłem to za pierwszym razem ściągałem buty 🙂 Co było bezcelowe bo przechodzi się ja kilkukrotnie. Teraz mimo, że nie dbałem o czas to nie było mowy o ściąganiu butów. Z radością wchodziłem do rzeki i nie przechodziłem od razu na drugi brzeg ale szedłem wzdłuż ciesząc się jej żywym zimnem. Po przejściu rzeki w kilku miejscach dalej było małe strome podejście i łąka, na której był punkt z wodą. Tu planowałem poleżej na trawie i oblewać się wodą ile tylko można 🙂 Spędziłem tam z pół godziny relaksując się i podziwiając dolinę z mnóstwem wodospadów spadających w okgromnych wysokości. Z letargu wyrwał mnie Qnfi, który dogonił mnie na tym punkcie. Od tego moemnetu do końca pokonywaliśmy trasę razem.

Ten fragment był nam dobrze znany z poprzednich biegów, wiedzieliśmy co i kiedy na nas czeka i faktycznie trasa przez to przebiegała szybciej – w głowie nie w rzeczywistości oczywiście 🙂

Qnfi doradził bym spróbował jest pszenne bułki z oliwą, które były na bufecie i faktycznie to dawałem radę przełknąć. No nie dużo ale zawsze to coś – dwa max trzy kawałki utrzymywały mnie na nogach jakoś do kolejnego punktu. Czasami mdłości z głodu odcinały mnie całkowicie na moment ale jednak po chwili mogłem ruszyć dalej zatem jeden problem z głowy. Często siadaliśmy i patrzeliśmy na panoramę gór. Ileż to rzeczy wtedy udało sie dostrzec. Np zauważylismy pasmo Marmolady w kilku miejscach trasy. Zachód Słońca spotkał nas chwilę przez Passo Giau, gdzie czekali na nas już Aneta i Kuba. Miło ! Super gdy na setnym kilometrze spotykasz bliskie Ci osoby, dodaje mocy naprawdę. Zapalamy czołówki i ruszamy powoli dalej. Przed nami ostatni trudny fragment na trasie, pionowa ściana Forcella Ambrizzola, tak to się chyba nazywa. Tu pomaga znudzenie mózy znaną trasą i idzie się całkiem spoko, jedyne co pamiętam z tego podejścia ta sznur niekończących się światełek za nami aż pod Passo Giau. To ostatnie mocne podejście na trasie dalej to już niemal caly czas w dół po drodze ostatni punkt, gdzie znów siedzimy sporo czasu jedząc ziemniaki i jajka. Od punktu zotało 10 km nudnej stromej  ścieżki przez las. Dla mnie to najgorszy fragment trasy, myślałem że wpadłem w jakąs pułapkę czaso przestrzenną. Sekundy i odległość były tutaj zamrożone, cały czas osuwaliśmy się w dół po stromiźnie ale sekunda na zegarku nie zmieniła się mimi, że odczuwaliśmy jakbyśmy szli to z godzinę. Byłem tu marudny straszliwie. Do tego dochodziły omamy wzrokowe, co nie dziwi bo zafundowalismy sobie niemal prawdziwe ultra – dwie noce na trasie.

Dobijamy w końcu do asfaltu czyli jesteśmy w Cortinie i czuć metę. A ja czuję, że stop eneria się skończyła. Organizm zjadł wszystkie mięśnie i nie ma już co jeść więc nie ruszy dalej na dodatek coś mu ni eposmakowało i zebrało się na wymioty. Ratuje Qnfi gumą do żucia, w pierwszym odruchu odmawiam ale jednak zmuszam się by ją wziąć, licząc, że ma wiecej niż 2 kalorie. I tak na gumie docieramy do mety gdzie jeszcze udaje się finiszować 🙂

Mamy to w końcu z głowy.

Na mecie dostajemy piwko od sponsora oraz kurteczki La Sportivy, które okazują się całkiem całkiem bo parametry mają na UTMB 🙂 Choć obaj wiemy, że tam już nie pobiegniemy – biegi w okolicy 100 km i wyżej odpuszczamy sobie na zawsze lub na dłuższy czas.

Teraz już tylko powrót na pole w asyście naszego supportu Anety i Kuby (kolejny raz dzięki ! ) kąpiel i nyny.

Jako, że biegania za dużo nie było na drugi dzień nie mamy problemów z chodzeniem i idziemy restować się na pobliskie jeziorko. Poniedziałek to dzień powrotu. Pakujemy się w ostatniej chwili i wizyta w sklepie jest już w asyście ulewy a droga autem już w gradobiciu. Tak, wykorzysmy czas co do sekundy !

Wszyscy ukończyli swoje biegi, sportowo wypadliśmy słabo jedynie Aneta ratuje sytuację ale czy to ważne ? Brawa dla Anety oczywiście ! A dla nas oklaski za ukończenie 🙂

Dziekuję wszystkim bez pomocy, których by się to nie udało Gosi, która znosi moje bieganie, Marcie za szos a także całej ekipie: synowi, że był ze mną Anecie, Qnfiemu, Tomkowi z rodziną wszystkim, którzy trzymali za nas kciuki – było je czuć tam w górach zarówno w nocy samemu pośród niczego jak i w palącym Słońcu.