Dwa dni przed wyjazdem w Karkonosze byłem u fizjoterapeuty na 30 minutową dawkę bólu.

Dzień dobry, z czym Pan do mnie przychodzi ?

Dzień dobry, z przeciążonym  Achillesem.

Dlaczego jest przeciążony ? Co Pan zrobił ?

Siłownia i mocne interwały.

Hmm, biegacz … hmm .. a nie lepiej odpocząć ? Po co Pan biega ? Żyje Pan z tego ? Ma Pan z tego pieniądze, że Pan biega ?

Tak to mniej więcej wyglądało – potem Pan się już uspokoił jednak to jego pytanie dudniło mi w głowie niczym dzwon Zygmunta.

Po co biegam ?

Sobota 4:15 budzi mnie alarm budzika, szybkie syte śniadanko i ruszam na dworzec gdzie o 5:30 mamy pociąg do Wrocławia. Mamy, bo jedziemy razem z Magdą. Reszta ekipy to Warszawa, Wrocław i Opole +/- 😉 Razem 8 osób i pies 🙂 Co nas motywowało do zrywania się na nogi w sobotę rano ? Marcowe Grzanie czyli spotkanie biegowo towarzyskie w schronisku Szrenica. Tam zaplanowaliśmy sobie dwa dni biegowe.

Plany tras były przygotowane jakiś czas wcześniej choć wiadomo, że zima można sobie planować a i tak na koniec decyduje pogoda. Prognoza na te dwa dni była raczej pozytywna – sobota słoneczna niedziela pochmurna.

2016-03-19-11.11.27

O 10:30 parkujemy pod początkiem szlaku na Szrenicę, do pokonania mamy niecałe 5 km cały czas pod górkę z plecakami co zajęło nam 1,5 godzinki. Zatem bez zbędnej zwłoki ruszamy, słonko grzeje niemal tak samo jak plecaki nasze plecy jednak jest tak pięknie że nie czuje się tego. Każdy niczym w amoku z uśmiecham na twarzy pokonywał strome podejście.

start

I wtem nagle jakby Świat się skończył całą błogą chwilę zakłóciły takie oto słowa i trzaskanie w szybę:

halo halo halo !!!! opłata !!!!

No i szlag trafił klimat – trzeba było zapłacić za wejście, siet !

W schronisku obsługa trochę była zamotana i wydanie kluczy do rezerwacji oraz pościeli dla tych bardziej rozrzutnych 😉 trochę zajęło. Z tego tez powodu na starcie biegu stanęliśmy o 13:30.

3-kolory

Dzisiejszy plan zakładał 25 km i 1000 m+ wycieczki biegowej. Pogoda nadal była słoneczna, temperatura w sam raz na bieganie i ruszyliśmy w kierunku Łabskiego Szczytu i dalej do źródeł rzeki Łaby, niestety nie było widać źródła gdyż było pod sporą warstwą śniegu. Na tym odcinku zaczęła się przygoda biegowa – śnieg nie był wyratrakowany jak wcześniej, był kopny po kolana – zatem śmiechu było aż nadto, więcej było jedynie wywrotek, koziołków etc..

kolano

Zbieg do wąwozu wzdłuż wodospadu Łaby był wzorowany na Kilianie Jornet no może nie tak idealnie jak on zbiega w Alpach ale radości dało nam to zapewne tyle samo co jemu. Zatem ten zbieg dedukuje właśnie jemu.

zbieg

Bieg tym fragmentem jest miłym doznaniem – szlak jest przepiękny, endorfiny buzowały.

fiflak

Gdy kończy się zbieg zaczyna się podbieg. Nasz, szumnie nazywany podbiegiem zaczynał się w Szpindlerowym i ciągnął się przez 4 km. Ostatnim etapem tej wycieczki było pokonanie grani tu już bardziej płaski teren. Powoli kończył się dzień i teraz Słońce grało pierwsze skrzypce na niebie dając nam pokaz zwany „zachodem”.

swinki

Krajobraz zmieniał się dynamicznie, chwile były wyjątkowo ulotne. A to biegliśmy w pełnym mleku z niemal zerową widocznością by po chwili pluskać się w Słońcu.

mgła

Raz błękitne niebo i biały śnieg zmniejszały ilość barw do 2 by po chwili zmienić krajobraz niczym w pustynie podczas burzy piaskowej.

gran

Jednak dzień kończył się szybko i trzeba było przyspieszyć by nie biec z czołówkami, tym bardziej że po zachodzie temperatura spadała ostro w dół. Samą końcówkę udało mi się pobiec w tempie już żywszym ok 4,10.

Zamykając drzwi do schroniska ostatni zgasił Słońce i nadeszła noc.

sople

trasa wycieczki

sobota

kotly

W tym czasie po kąpieli i obiado-kolacji przystąpiliśmy do biesiadowania, czyli tańce hulańce ale bez swawoli , no ! 😉

W nocy pogoda zmieniła się zgodnie z zapowiedziami. Wiał bardzo mocny wiatr i naciągnął masę chmur skrywając całą okolicę białym mlekiem. Niedziela planowo była chiloutowa. Był co prawda plan na ok 17 km i 700m+ ale bez spinki w myśl zasady „każdy bawi się sam”. Zatem kto chciał biec biegł kto miał inne plany to je realizował. Umówiliśmy się na ok 12 – 12:30 na zbiórkę w schronisku tak by się jeszcze wykąpać, zjeść i o 14 ruszyć w dół.

Mieliśmy +/- 2,5 godziny na bieganie. Widoczność słaba, warun jak na Zimowym Ultramaratonie Karkonoskim. Ruszyliśmy w trójkę: Magda Tomek i ja. Śnieg był jeszcze bardziej zmrożony i twardy więc nasze Inovy dawały się we znaki – minimalizm jest bolesny. Cały czas mocno wiało, biegałem już w gorszych warunkach lecz te te plasowały się blisko czołówki. Entuzjazmu jakoś na twarzy nie mieliśmy. Po 6 km dobiegliśmy do schronu vrbatova bouda.

miotla

Bardzo fajne miejsce ładnie zaprojektowane co przypadło do gustu Magdzie, która zawodowo zajmuje się właśnie upiększaniem takich miejsc. Tu rozdzieliliśmy się z Tomkiem, który chciał przetestować sobie opcję powrotu po śladach w swoim nowym zegarku. My natomiast jako, że nie lubimy wracać tą samą trasą postanowiliśmy zrobić małe kółko dodając kilka km więcej. Mróz zaklejał nam oczy więc proces decyzyjny przebiegał szybko.

mroz

To był strzał w 10-tkę.

Biegliśmy trasą narciarzy biegowych i skiturowców, śnieg zrobił się bardziej miękki zmieniając się z betonu w miłą dla stawów powierzchnią. Dobiegliśmy do rozwidlenia tras jednak bez oznaczenia – pobiegliśmy na azymut w prawo. Tak oto po chwili znaleźliśmy się na początku trasy zjazdowej wśród tłumy narciarzy. Każdy z nich oczywiście był idealnie ubrany na stok, który dość stromo znikał za zakrętem. My mieliśmy buty biegowe 🙂

Spytaliśmy jakąś grupę narciarzy o drogę. Okazało się, że musimy zbiec tą trasą do naszego szlaku, gdyż wybór jakiego przed momentem dokonaliśmy był błędny i byliśmy za wysoko.

Gość był trochę zdziwiony, że cieszyłem się na informację:

Ale uważajcie ta trasa jest stroma i bardzo oblodzona !

Kolce w butach to mój as na nogach 🙂

stok

Zatem zaczęliśmy ścigać się z narciarzami 🙂 Tym razem wygrali ale małą przewagą. Odbiliśmy na szlaki pozostało nam kilka km i kilkaset metrów w górę do pokonania. Na miejscu byliśmy o 12:15. W sama porę.

powrót

niedziela

Kąpiel, obiad i w dół. Tym razem zajęło nam to zaledwie 50 minut.

Cały wyjazd wszyscy byliśmy zadowoleni, pogoda dopisała, udało się pobiegać, pogadać i spędzić ze sobą mile czas. Czy bieganie daje mi pieniądze ? Czy z tego żyję ? Nie daje mi jednak o wiele więcej, daje mi tyle, że nawet nie zapłacę za to kartą Visa. Bo czyż można kupić przyjaciół, czyż można kupić radość ? Zatem Panie fizjo ja będę biegał Pan mnie naprawiaj bo przestawać nie będę. To tak jakby przestać żyć.

Dziękuję całej ekipie za wypad. Aneta, Ania, Magda, Marta, Józek, Tomek i Wojtek – oby nam się to częściej zdarzało. Hej !

widoczek