Pewnego wietrznego i zimnego dnia podczas treningu rowerowego zadzwonił telefon a głos w słuchawce spytał:

„Tomek jedziemy na Matta ? ”

Aż zatrzymałem rower 🙂 Tak to był szalony pomysł i mógł się udać…. Kilka miesięcy później plan był gotowy. Zakładał on aklimatyzację w rejonie Monte Rosa a następnie przejazd do Szwajcarii i atak Matternhorna drogą Hörnli. Niby najłatwiejsza co nie oznacza drogi łatwej. Podstawowa trudność to długość drogi są oczywiście też takie elementy które wymagają delikatnej wspinaczki oraz masa, masa zjazdów na linie. Zatem trzeba być bardzo dobrze przygotowanym fizycznie na 12-14 godzin ciągłej wspinaczki oraz mieć do perfekcji opanowane zjazdy na linie. Po prostu trzeba ostro gonić ze wszystkim. Do tego stopnia, że może zabraknąć czasu na napicie się.

Jak wbiliśmy się do Zermatt zauważyłem Matternhorma pierwszy raz – jest wspaniały, wiem że oklepany przez czekoladki Toblerone. Ale maruderów odsyłam pod tą górę i po prostu ich powali ten widok. Im bliżej góry tym to wrażenie się pogłębiało, byłem jak w amoku, nie mogłem uwierzyć że jestem tu tak blisko góry o której marzyłem od dziecka. Do tego stopnia byłem zamroczony, że nawet zbyt mocno nie bolało mnie to, że musieliśmy zapłacić majątek za kolejkę z Zermatt na przełęcz 170 PLN !!! To najdroższa kolejka jaką jechałem i niech tak zostanie nie mam zamiaru tego rekordu pobijać 🙂 Ale warto kupić bilet droga jest długa, nudna i wyciąga siły które przydadzą Wam się na atak.

Spaliśmy na polu namiotowym i tu uwaga – woda do picia kapie z jednego miejsca, tak kapie – trzeba czekać trochę na napełnienie :/ do tego szybko i na długo zamarzano pole jest w cieniu szczytu. Druga uwaga jest taka by czekać na ekipy z przewodnikami i iść krok w krok za nimi – patrzeć gdzie są klamy bez tego małe szanse na wejście i zejście tego samego dnia. Iść maksymalnie lekko i grzać ile sił odpoczywać będziecie w bazie po powrocie. Powodzenia !