Śladami dzikiej zwierzyny czyli Dolomiti Extreme Trail DXT 103 km

W XVIII w niejaki Déodat Gratet de Dolomieu podczas pojedynku zabija przeciwnika za co trafia do więzienia. Tam uczy się geologii. Później badając skały z Alp Wschodnich odkrywa, że ich skład znacząco różni się od innych skał wapiennych. Skała ta zyskała nazwę Dolomiti, a następnie nazwę tą nadano całemu masywowi górskiemu, z którego pochodziła skała i tak dziś mamy Dolomity – najpiękniejsze góry Świata.

W górach tych byłem dwa razy a zakochałem się jak tylko je zobaczyłem, zatem nie trudno było mnie namówić na bieganie po nich. Zebrała się ekipa na domek i na wspólny przejazd więc zapisałem się na bieg jeszcze w zeszłym roku. Na dwa dni przed wyjazdem dowiaduje się, że transportu nie ma 🙂 Na szczęście znalazłem tani lot do Wenecji z Krakowa więc w sumie wyszło taniej i lepiej niż jazda autem 14 godzin. Pozostaje problem dostania się z Wenecji do górskiej wioski. Magda pisze do orga, bo ponoć zapewnia transport z lotniska. Jest  ! 1,5 godziny lotu

i lądujemy w Wenecji, która wita nas ulewą – nie dziwota, że to miasto się topi …

Na lotnisku czekał na nas już kierowca organizatora, który zabrał nas do wioski gdzie mieliśmy domek czyli Zoppe di Cadore. Kierowca zakochany w tych górach zna każdy szczyt, po drodze pokazuje nam większość z nich i wymienia nazwy. Za transport nie zapłaciliśmy ani grosza dzięki uprzejmości organizatora, który chyba tylko ze względu na Magdę, która była na tych zawodach z ramienia www.runandtravel.pl jako dziennikarka i zawodniczka w jednym 😉 Jak dobrze podróżować z VIPem ;).

Po kilku godzinach dobija reszta ekipy z Polski, Kinga, Ewelina i Mariusz – jest komplet ! Podziękowania dla nich za dowiezienie kijków Magdzie i pożyczenie kompletu dla mnie bo samolotem byśmy ich nie przewieźli. Dziewczyny pojawiły się w Dolo rekreacyjnie – trochę trekkingowo, trochę biegowo i jako support dla Mariusza. Po śniadaniu ruszamy na zapoznanie się z trasą a dokładniej z ostatnim odcinkiem, który będziemy pokonywać podczas zawodów nocą. To bardzo trudny, w zasadzie najtrudniejszy fragment trasy ok 20 km. W skrócie to bardzo długi techniczny zbieg/zejście następnie strome pokonywane niemal na czworakach podejście, zbieg i forsowanie rzeczki z wodospadem ,

techniczny odcinek z potężnymi śliskimi korzeniami i zbieg do wioski. Był to bardzo dobry pomysł by przebiec ten fragment, zaprocentowało to podczas zawodów. No i na dodatek można było podziwiać takie widoki !

Na koniec treningu skorzystaliśmy z lokalnej knajpki zlokalizowanej przy starcie/mecie zawodów gdzie poznaliśmy szefa całego zamieszania, samego BOSSa, organizatora tych zawodów. Porozmawialiśmy o ostatnim etapie trasy a na widok zdjęć z tejże było widać błysk szaleństwa w jego oczach podczas pokazywania gestami rąk jakież tam są przewyższenia. OK wiedzieliśmy już, że to szaleniec 🙂 Pozytywny oczywiście !

Drugi poranek to krótki trening rozruchowy z rytmami na 200 m. Problemem okazało się znalezienie płaskiego odcinka 200 m by zrobić rytmy, musieliśmy wspiąć się 400 m wyżej aż na ponad 1800 m i tam udało się znaleźć w miarę płaski odcinek i to jeszcze w takiej scenerii !!!

Ten odcinek to też trasa zawodów zatem poznaliśmy 30 km trasy co bardzo ułatwia bieg w zawodach. Drugą pomocą był fakt, że mieszkaliśmy nie tylko na trasie zawodów – dzięki czemu była opcja by zrobić sobie tam swój własny bufet 🙂 ale głównie to, że była to wysokość prawie 1500 m zatem alkimka robiła się podczas snu 🙂 Idealnie. No a z balkonu mieliśmy taki film:

Minusem był fakt, że miejsce to było z dala od cywilizacji i nie mam tu na myśli brak opery ale choćby działającego sklepu spożywczego. Ten, który był działał tak jak pojawiła się obsługa a ta pojawiała się o różnej porze. Z innych atrakcji miasteczka była restauracja bardzo zachwalana przez wszystkich. Knajpa ma w swoim menu 3 pozycje – danie pierwsze, danie drugie oraz deser. Czynna jest dwa razy dziennie w godzinach 12-14 oraz 19-21 🙂 Ci to mają luz 🙂

W międzyczasie odebraliśmy pakiety – tj numerki 🙂

Piątek to już relax i szykowanie się do zawodów – mentalnie 🙂

W Dolomitach ścigałem się dwa razy przy okazji zawodów Cortina Trail. Ten rejon dość dobrze poznałem, bo poza bieganiem zaliczałem kilka via ferrat. Postanowiłem zapoznać się z rejonem w okolicy Forno de Zoldo gdzie rozgrywane są zawody Dolomiti Extreme Trail. Moim głównym startem miał być w tym roku hiszpański bieg Epic Trail w Pirenejech jednak obecny rok był wyjątkowo ciężki dla mnie i treningi były bardzo rwane a czasami wręcz ich nie było. Zatem ten sezon to nauka a nie ściganie a starty są bardzo lajtowe na całkowitym luzie. Taki też więc miał być i był bieg DXT na dystansie 103 km. Po  poprzednich zawodach penyagolosa gdzie od połowy borykałem się z poważnymi problemami żołądkowymi w tym biegu niemal całkowicie zrezygnowałem z żeli na rzecz jedzenia w bufetach, samych żeli miałem 4.

Bufetów na trasie było bardzo dużo  tj 13 i rozłożone były idealnie, całą trasę opękałem na jednym bidonie 0,5 l bo wody było pod dostatkiem także poza bufetami.  Zatem łatwo było biec bez żeli.

Zawody zaczynały się o 5 rano w sobotę, przed startem można było oddać rzeczy na przepaki – ja dałem tylko rzeczy na metę. Na starcie pojawiamy się ok 20 minut wcześniej. Idealnie ! Ostatnie sprawdzenie czy wszystko jest, jest tylko bidon pusty 🙂 Magda ratuje mnie kilkoma łykami wody na pierwszy etap i równo 0 5 ruszamy. Pierwsze kilometry to bieg asfaltem wsród kibiców, po drodze mijamy knajpę na tarasie, której wystawiono głośniki – leci muza z Easy Rider „Born to be Wild”, włosy same stają dęba 🙂 Pierwsze kilometry 4:13, 4:20, 4:14 …. po czym zaczyna się piony, trasa extreme trail czyli góry i tempo kilometra to już 14:30 🙂 Do takiego tempa należy przywyknąć na pierwszej części tych zawodów. Do 50 km praktycznie nie ma biegania, trasa ciężka, podejścia bardzo trudne a o zbieganiu nie ma mowy, szlak bardziej przypomina ścieżkę dzikiej zwierzyny niż szlak, czasami jest nawet za wąsko na but, często schodzi się po konarach kosówki, czy lawiniskiem kamieni. Na ten odcinek zakłada się ok 10 godzin a to tylko 50 km. Zacząć biegać można w drugiej części więc ważne jest by w tym pierwszym etapie za bardzo się nie spalić. Taki układ pasował mi idealnie tym bardziej, że pogoda dopisywała i można było napawać się widokami.

  

Gdy skończyły się trudności pierwszej części biegu przyszła ulewa 🙂 Pierwsze 10 km biegłem bez zakładania kurtki licząc, że to jest na tyle intensywne, że zaraz się skończy. Nie skończyło się trzeba było więc podjąć decyzje – wracam do domu a byłem od niego 200 m 🙂 bo było to akurat na tym fragmencie trasy czy zakładać kurtkę i lecieć dalej. Przesłanki by skręcić do domu były solidne – byłem całkowicie przemoczony a buty fruwały mi na twardej powierzchni  niczym tępy nóż na pomidorze. No i na cholerę mi to bieganie skoro i tak się nie ścigam a ponad połowę reszty trasy już znam ?!  Ok zjadam ciepły rosół na bufecie, trochę parmezanu posiedziałem kilka minut i ostatecznie ubrałem kurtkę i poleciałem dalej. Deszcz przestał padać chwilę przed Messner Mountain Museum Dolomites, tu też zatrzymuje się na kilka minut bo jest bajecznie,

poniżej jest kolejny punkt i tam znów kilka minut na zupkę i rest.  Słońce powoli zachodzi a został jeszcze najtrudniejszy fragment do przebiegnięcia. Zatem biorę się za zbieg i dopadam do punktu Passo Cibiana na 82 km. Tu trzy dni wcześniej zaczynaliśmy trening z Magdą i ten odcinek już znam i wiem co mnie czeka. Samo dobro 🙂 Na bufecie zauważam, że mam problemy z żołądkiem – na szczęście to z wysiłku tylko ale nie mam już apetytu a jedzenie wydaję mi się suchymi wiórami – odwodniłem się zatem. Ale jak  ?! Przy takiej ilości płynów jakie przyjmowałem regularnie jak to możliwe ??? Piłem naprawdę dużo a i tak się odwodniłem. No trudno trzeba jakoś przebiec ten hardcore i to po ciemku bo po ok 4-5 km zrobiło się na tyle ciemno, że założyłem latarkę. Jakże inaczej wyglądał koniec tego biegu w porównaniu z zawodami w Hiszpanii 4 tygodnie wcześniej gdzie od 50 km umierałem a od 70 byłem martwy i biegłem z przyzwyczajenia. Tu poza problemem z żołądkiem nie miałem jakiś problemów, robiłem swoje – biegło się ok, nawet ten techniczny zbieg w ślizgających się butach wyjątkowo łatwo mi poszedł tak samo podejście, które robiliśmy na czworakach teraz wszedłem na kijach bez postojów. Oczywiście to, że nie jadłem nie pomagało ale generalnie było spoko, cały odcinek od ostatniego punktu w zasadzie biegłem. Zegarek umarł po 18:25 minutach ale tym razem znałem trasę więc odległości nie były mi potrzebne. Na mecie melduje się po 19 godzinach i 6 minutach co dało 45 miejsce open 🙂 Jestem w szoku bo przy takiej ilości biesiadowania na bufetach i całkowitym chilloucie podczas całych zawodów nie śmiałem liczyć na tak dobrą lokatę haha na dodatek nie byłem zmęczony i na metę wpadam świeży. Na mecie czeka support Mariusza no i sam Mariusz, pakujemy się do auta i jedziemy do domu – czas wziąć prysznic i wypić piwo przed snem. Na trasie została Magda, która walczyła o miejsce na pudle, bo rywalki zbyt mocno rozpoczęły i padały jak muchy. Magda zatem robiła swoje czyli połykała kolejne zawodniczki i tym samym na mecie zameldowała się jako druga kobieta !!!

Niedziela to czas na wymeldowanie się no i dekorację mistrzów ! Magda na pudle !!! DUMA !!!!!

 

i łapania stopów 😉 do miejsca naszego nowego zameldowania na dwa dni …

Uwagi do zawodów.

Bieg składa się z dwóch części i warto pomyśleć o wymianie butów na przepaku, na początek zabrać nawet cięższe ale stabilniejsze trzewiki bardziej na techniczne szlaki a w drugiej połowie założyć coś na ściganie. Bufety zaopatrzone spoko, wody na trasie dużo więc spoko styknie 0.5 w plecaku, konieczne są kijki i to bardziej niż na innych ultra. Tu pierwsza połowa trasy była idealna dla tych co zimą śmigaja na skiturach i maja wyćwiczone ruchy kijkami. Na serio jak chcesz powalczyć na tej trasie poćwicz zimą ręce i nogi, samo bieganie i stabilizacja to za mało. Szlak w dużej części to nie szlak to jakaś ściecha lekko zaznaczona kilkoma przejściami kozic czy innej zwierzyny i nie widać samej drogi jedynie trackery Zabezpieczenie trasy idealne, obsługa była tam gdzie trzeba, oznaczenie trasy mimo, że teren ciężki nie nastręczało problemów. Warto zapoznać się przynajmniej z ostatnim fragmentem trasy, jest on trudny i biegnie się go po ciemku.  Mimo, że to Dolomity to jednak znacząco ten bieg różni się od znanego Lavaredo. To nie przebieżka po parku to solidny kop i bardziej to bieg survivalowy niż typowe ultra, do końca trzeba mieć siły i jasność umysłu a chwila nieuwagi może Cię dużo kosztować. Dystans 103 km 7150 + dla porównania CCC z cyklu UMTB ma o 1000 m przewyższenia mniej…

link do imprezy Dolomiti Extreme Trail