2,5 godziny jazdy dzieli mnie od góry, którą całe swe życie omijałem pędząc dalej na południe ku pasmom górskim Karkonoszy, gór Sowich, Złotych Bardzkich i tak dalej. Jednak aby dojechać w wyżej wymienione góry trzeba dodać jeszcze minimum godzinę drogi w jedna i godzinę w drugą co daje nam dwie godziny w aucie zamiast 2 godzin na szlaku. 

Matematyka znów okazała się bezlitosna i w końcu 5 tygodni temu skierowała nasze auto na zachód ku Ślęży.

Dojechaliśmy pod schronisko gdzie można się przebrać a po treningu za 5 zł można skorzystać z prysznica coś zjeść i śmigać do domku.

Prowadziła Magda, która zaproponowała trasę 25 km w tym zdobycie szczytu dwa razy. Pierwsze co mnie pozytywnie zaskoczyło to różnorodność podłoża na trasie. Mamy i szutry, leśne dukty, błotne grzęzawiska i kamienne rumowiska niczym teleportowane z serca Tatr. Są strome podejścia czy mega techniczne zbiegi ale i chilloutowe szerokie drogi. Jakby wszystko co najlepsze w naszych całych górach zostało wyciśnięte do shekera i podane w wysokiej szklance jako drink o nazwie Ślęża.

Nie ma mowy o nudzie z kilometra na kilometr zmienia nam się obraz i co ważne tu nie można pozwolić sobie na brak czujności. Góra niczym puchar lodowy jest śliska i żadne buty nie są na tyle dobre by nie driftować tu non stop na dodatek lody maja posypkę z kamieni rożnej wielkości a jedyne co je łączy to brak stabilności.

Biegliśmy we czwórkę, wspomniana Magda, Dorota Paweł i ja i każdy miał banana na twarzy. Nie tylko krajobraz jest tu różnorodny, także pogoda zmienia się non stop. Mieliśmy i deszcz i słonce, wiatr i cisze niczym flauta na jeziorze a także śnieg. Pierwszy raz widziałem coś takiego, staliśmy na szczycie skąpani w prażącym Słońcu a 20 m od nas sypał śnieg tak intensywnie i gęsto, że w pierwszej chwili myślałem, że to jakiś biały budynek.

Im wyżej wbiegaliśmy tym oczywiście bardziej zimowy krajobraz, choć nie była to Arktyka bardziej przypominało koronkowe podwiązki na kobiecych udach, jak zaproszenie po więcej i więcej. Endorfiny szaleją na każdym kroku, emocje wirują jak w kalejdoskopie. Wspaniała góra !

Dorota dała jednak sygnał, że dzieci potrzebują mamy w domu więc czas było szybko zrobić odwrót do domu.

Wracałem z przekonaniem, iż znalazłem idealne miejsce do treningu przed tegorocznymi startami w Alpach, i że na pewno niebawem tu wrócę.

Okazja pojawiła się wczoraj !

Tym razem w składzie Sebastian, Zbyszek plus ja ruszyliśmy znów na parking schroniska pod Wierzycą gdzie czekał na nas Grzegorz.

Niemal całą trasę jechaliśmy na przemian w deszczu i gradzie; jednak jakoś nie martwiło nas to zbytnio. Podświadomie chyba wiedzieliśmy, że będzie dobrze 🙂

Znów mieliśmy mix pogodowy. Była burza z gradem, był śnieg i deszcz, wiatr smagał nas niemiłosiernie na szczycie a słońce paliło na podejściach. Kamienie skąpane w śniegu były bardziej śliskie niż ostatnio ale o dziwo biegło mi się po nich o wiele pewniej niż poprzednio, choć czułem, że to często był nie zbieg a zjazd po kamieniach, śniegu i błocie niczym snowboardowy  szus w dół. Udawało nam się uciekać przed deszczami więc nie zmokliśmy a widoki były dzięki chmurom fantastyczne.

Tym razem zdobyliśmy jeszcze bliźniaczą górę Radunia. Jakże inna to górka ! Zieleń kipi tu niczym na Maderze ! Istna dżungla. No i jest mega widok na Ślężę a w jednym miejscu widzieliśmy Wielką Sowę oraz Śnieżkę ! Bardzo urokliwe miejsce, szczególnie single track na samej górze wijący się niczym anakonda pośród zieleni i drzew.

Ależ tam się biegło !!! Dla takich chwil warto rzucić wszystko, a dalej, dalej był bardzo stromy zbieg z Sępiej Góry. Poezja. Zdecydowanie warto tam pobiegać. Można podjechać na parking na dolinie Tępadło i z jednej strony mamy Radunię a z drugiej Ślężę, z tej strony o łagodniejszym podbiegu.

To już była końcówka treningu, został podbieg na Ślężę, trochę pomyliłem ścieżki i część trasy biegliśmy na szagę przez las na kompas. Też było extra 🙂 Dziewicza droga na szczyt została wytyczona. Pierwsze przejście dla nas !

Szczytowanie na szczycie i w drogę po korzeniach, po głazach, po błocie, po śniegu w dół szybciej i szybciej aż nogi nie nadążały za pędem i bezwładnością lotu w dół. Zegarek pokazywał tempo 3:20 a prędkość rosła z każdym krokiem. Uderzenie butów o podłoże powodowało eksplozję pod stopami uwalniając z potworną siłą błoto i kamienie lecące niczym pociski we wszystkich kierunkach na metry od nas.

Zziajani ale i szczęśliwi dobiliśmy do schroniska, gdzie czekali na nas już Marta z Wojtkiem kończący pizze. Zrobili niespodziankę i przyjechali na kawę pogadać. Zamknęliśmy drzwi wejściowe , za którymi rozpętał się armagedon. Wichura z deszczem i śniegiem. Tak oto skończyło się nasze okno pogodowe a rozpoczęła część towarzyska w schronisku.

Dziękuję wszystkim uczestnikom tej i poprzedniej wizyty na tej wspaniałej górze i do zobaczenia na kolejnych treningach tu czy na innych szlakach.