Przy okazji zawodów „Bieg Granią Tatr”, w którym startowała Anetka postanowiliśmy, że pojedziemy razem i też zrobimy sobie swój własny bieg. Docelowo mieliśmy też dopingować znajomych na trasie w rejonie punktu na Murowańcu. Tak więc mieliśmy być przysłowiową „jedną dupą na dwóch weselach”. Tyle plany – widomix, plan trzeba mieć i najelepiej jeszcze kilka różnych wariantu planu też.

Tak przygotowani każdy do swojej roli spotkaliśmy się w Zako nocną porą pod nieboskłonem utkanym miliardem gwiazd, planet, planetoid i śmieci po starych satelitach. Tym razem było na bogato, chata przy Krupówkach ! A jak ! hehe

Nie wiem jak moja poznańska dusza dała przyzwolenie na to no ale stało się był luxus. Spotkaliśmy się w sprawdzonym mocnym zespole Anetka, Ania, Qnfi i ja. Jako, że ostatni raz chyba widzieliśmy się w marcu czy kwietniu na powitanie poszła butelka dobrego hiszpańskiego białego wina odpowiednio schłodzonego. Potem była druga. Ok poszliśmy szeroko tak ciut za dużo, co miało przykre konsekwencje dla naszego planu na kolejny dzień. Idziesz biegać nie pij wina.

Anetka wiadomo poszła spać wcześniej bo musiała być o 3 już na miejscu zbiórki my z Qnfim mieliśmy autobus do Słowacji o 6. Tak ten czas przeszły nie jest przypadkowy. Mieliśmy o 6 a pojechaliśmy kolejnym o 9. Pierwsza wyrwa w planie – jeb !

Na tyle poważna, że miało być załamanie pogody od 14. Totalny armagedon z burzami. Zatem wyruszając o tej godzinie już wiedzieliśmy, że nie ma opcji by dotrzeć do Murowańca w sensownym czasie. No ale w kieszeni moich spodni było kilka wariantów planu ! Yeah ! zatem napieramy ciesząc się promieniami Słońca palącymi nasze zaspane twarze przyklejone do szyb autobusu i tak sobie jedziemy, jedziemy, jedziemy. Wysiadamy w Smokowcu i tu przesiadamy się na pociąg do Szczyrbskiego plesa. Miejsce naszego startu. Stoimy na tej stacji i pot z nas spływa, każdy z nas dyszy i sapie. Zaczynamy ociężale, krok za krokiem. Buch – jak gorąco! Uch – jak gorąco! Puff – jak gorąco! Uff – jak gorąco! Już ledwo sapie, już ledwo zipie każdy z nas.

Droga rusza delikatnie w górę najpierw asfaltem przez miasteczko, na szczęście dość szybko pod stopami czuć kamienie i droga robi się bardziej stroma.Nagle – gwizd! Nagle – świst! Para – buch! Nogi – w ruch! Najpierw – powoli – jak żółw – ociężale, Ruszyli – biegacze – po skale – ospale.

Teren był lekki jednak sporo ludzi na szlaku, niemal wszyscy szli nad jezioro Popradckie. Od tego momentu trasa już niemal pusta i trudniejsza co mnie osobiście ucieszyło. Qnfi miał mocny kryzys na tym odcinku więc miałem czas na zdjęcia i relax.

Podchodząc ostatnie metry do schroniska pod Rysami było niemal pewne, że na szczycie będzie już załamanie pogody. Zastanawiałem się czy czekając na Tomka zamówić obiad i zobaczyć co przyniosą chmury.

Wtedy albo wycof albo napieranie. No i tak się miotałem czekając, aż pojawił się Tomek. Krótkie spojrzenie w oczy i bez słowa napieramy. Jakieś 100 m od szczytu przyszła nawałnica z deszczem i śniegiem. Widoczność spadła do kilku metrów i mocno się ochłodziło. Zatem kochane dzieci pamiętajcie: niezależnie od pogody wybierając się w góry zabierajcie kurtki przeciwdeszczowe, czapki, rękawiczki i jak kto ma spodnie przeciwdeszczowe. Oczywiście nie zapomnijcie o ubezpieczeniu i zapoznaniu się z topografią terenu lub posiadajcie wgrany track. Nie raz mi to dupkę uratowało. Tym razem też. Tyle jeśli chodzi o słowo na niedzielę.

Warunki zmieniły się diametralnie, mimo sporego obycia w górach popłynąłem trochę z lawiną błotno kamienną. Po jakimś czasie sytuacja została opanowana i przy całkowitym braku widoczności dotarliśmy na szczyt i po chwili szukania trasy w dół ruszyliśmy ku przygodzie. Tomek miał przygód więcej bo jego inowejty swoją świetność przeżywały jakieś 3000 km wcześniej zdzierając swój bieżnik na wielu innych skałach i tu już nie miały co zetrzeć zatem ścierały skórę z biednego Tomka co rusz.

Znów miałem trochę czasu dla siebie pogrążając się niemal w nirwanie. Co otwarłem oczy widok zmieniał się jak w kalejdoskopie. Chmury grały swój taniec pod moim stopami tworząc co rusz nowe obrazy, które znikały tak szybko jak się pojawiały. Zawsze byłem zdania, że do zdjęć najlepiej wybierać się w „złą” pogodę. Patrząc na drifty Tomka byłem pełen podziwu jego pracy całego core, widać stabilizację ostro trenuje. Biegaczu ! pamiętaj ! nie samym bieganiem biegacz żyje. trenuj core, stabilizację i niech joga nie będzie Ci obca.

Skracając tą i tak już zbyt długą opowieść powiem, że jak spotkaliśmy się w Moku na ciepłej zupie decyzja o wycofie była oczywista. Zatem koniec planów, nie będzie chwały i sławy, dziewczyny nie rzucą nam się na szyje. Zostanie rysa na honorze.

https://www.relive.cc/view/1141600147 zaps trasy

Po ogrzaniu się zupką ruszamy na ostatni odcinek, niestety asfaltową szosą na busa do Łysej Polany. Biegnie się dobrze i szybko. Nikt z nas nie uronił ani kropli potu. Wiadomix ultrasi hehe no ok to -przez strugi deszczu zapewne hehe Mokrzy jak ściery wsiadamy do busa chyba też w wersji lux zwarzywszy ile kosztuje. Dowiadujemy się, że Anetka też ma swoją rysę. Wycof w Murowańcu i pierwszy w jej bogatej karierze DNF. Jak dla mnie to najlepsze co mogła zrobić mając przed sobą przeprawę przez Krzyżne w takiej dupówie mogło być różnie.

Spotykamy się wszyscy głodni w domku de lux. Szybki prysznic i … lenistwo każe nam siedzieć na miejscu i zacząć szukać pizzy na telefon. okey okey nie lenistwo to napierdzelający deszcz nas powstrzymał 😉

Po iluś tam telefonach i tak musieliśmy na ten cholerny deszcz wyjść bo nie było opcji by ktoś nam przywiózł obiad. 300 m jakie nas dzieliło od knajpy o pięknej góralskiej nazwie CZIKAGO zmieniło mnie znów w mokrą ścierę.

Pizza za to była bardzo dobra – zatem możecie wbijać tam na obiadek.

Jeszcze tylko toast piwem za spotkanie i przygody i czas włączyć tryb powrotu.

Po krótkim śnie, szybkim śniadanku i mega mega długiej przeprawie przez Zakopiankę i jej odnogi po ponad 4 godzinach docieramy do Krakowa. Tam pozostało mi jeszcze odczekać w kolejce za biletem godzinkę potem postać kilka godzin w zatłoczonym pociągu by już po 21 być w pracy na stanowisku i w tym momencie skończyła się nasza górska przygoda.

Czy faktycznie to była rysa ? Oczywiście nie. Trasy w górach zawsze trzeba dostosować do warunków pogodowych a nie do swojej ambicji. Podchodząc w strugach deszczu spotkaliśmy ojca z dzieckiem nie wiem może 6-8 lat mającego właśnie taką chorą ambicję by wejść za wszelką cenę na szczyt nie patrząc na dziecko. Warto zrezygnować z planów czy z zawodów, na serio szkoda życia i zdrowia jest tyle gór do zdobycia. Nasz trening był z Rysami nie rysą i był przepiękny za co dziękuję całej ekipie ale też Magdzie, która zainspirowała mnie robiąc to tydzień wcześniej.