Venga, venga !!! Penyagolosa Trails

Penyagolosa.

Zawody w nieznanej mi części Hiszpanii – Costa del Azahar, czyli Wybrzeże Kwiatu Pomarańczy.

Długo nie dawałem rady tego zapamiętać, jakaś koślawa ta nazwa i z niczym mi się nie kojarząca. Zdecydowałem się, że wystartuję w tych zawodach z dwóch powodów:

1 – będą to Mistrzostwa Świata a nigdy nie byłem na tego typu imprezie

2 – uwielbiam Hiszpanię, a do miejsca startu łatwo i tanio można dostać się z Polski

Penyagolosa Trails to w 2018 aż trzy imprezy:

MIM – 59 km 3300+ start 7:00

CSP – 107 km  5600+ start 0:00

TWM – 85 km 5000+ Mistrzostwa Świata  start 6:00

Ja zapisałem się na CSP i dostałem się w dodatkowym rzucie, gdyż o uczestnictwie decyduje losowanie i za pierwszym razem nie udało się.

Trasy początkowo się pokrywają potem, każda idzie w swoim kierunku by na ostatnich kilometrach ponownie się połączyć. Sama trasa zaczyna się z poziomu morza i pnie się nieubłaganie w górę co widać na wykresie

Co do warunków to na dole temperatura była w okolicy 30 stopni, trasa techniczna z dużą ilością kamieni, często przypominającym piargi i można spotkać żmije 😉 Co do kamieni to jeszcze taki mały przerywnik zdjęciowy, nie wiem skąd ale w środku trasy pojawił się taki fragment , taka pocztówka trwająca kilka sekund po czym wróciły kamienie. Błąd Matrixa ??

Taktykę biegu narzucał sam teren. Całość trasy można podzielić na 3 części:

1 – start > Atzeneta (43 km) w miarę szybki i łatwy odcinek

2 – Atzeneta > Vistabella (84 km) najtrudniejszy i najwolniejszy fragment

3 – Vistabella > meta tu mniej trudności więc powinno się śmigać do mety, choć praktycznie do samej mety (bez ostatnich 2 km) grzeje się pod górę i to miejscami bardzo stromo.

Opis trasy został dość dokładnie przedstawiony na briefie dla zawodników.

Zatem moja taktyka była właśnie taka, szybko > wolno > szybko 🙂

Na starcie zameldowałem się 30 minut wcześniej na kontrolę wymaganego sprzętu. Kontrola byłą wyrywkowa, nie sprawdzano wszystkiego z listy tylko wybrany jeden przedmiot. U mnie to była tylna lampka z czerwonym światłem. Zawsze się denerwowałem przed startem – kupka nerwówka to takie must have. Tym razem całkowity luz, może to kwestia prowadzących spotkanie ? Było ich 2 i na zmianę robili mini wywiady z zawodnikami , też mnie wypytywał jeden z nich. Nowe doznanie zaliczone – publiczny (mini) wywiad 🙂 Dziwne uczucie, nie słyszałem swojego głosu jak to jest podczas rozmowy , tak jakby mikrofon połykał całość i wypluwał wszystkie moje słowa przez głośnik gdzieś daleko, że nie słyszałem co mówie.

Ok muza, światła odliczanie i myk – lecimy. Początek to jakieś 3 km asfaltu wśród wiwatujących kibiców. Tu usłyszałem pierwszy raz słowo VENGA, co w tym konkretnym przypadku oznacza (szybciej, no szybciej ! )Im bliżej do mety to częściej słyszałem ten wyraz.

Początek trasy do 6 km znałem bo dwa dni wcześniej poszedłem sobie na spacer tym fragmentem. Biegnie się przez wspaniały park

Potem do kampusu uniwersyteckiego (stad startują zawodnicy mim i twc) i potem jeszcze ze dwa trzy zakręty i zaczyna się podejście. Dość szybko znikają drzewa i krzaki więc są super widoki, tak to wygląda w dzień:

Podczas zawodów biegliśmy w nocy i widok był jeszcze wspanialszy. Jako, ze na razie trzymałem się planu to byłem ok 50-60 zawodnikiem i cała masa ludzi w czołówkach biegła daleko z tyłu mozolnie pnąc się w górę.

Biegło się dobrze i połykałem kolejne kilometry. Pierwsze problemy pojawiły się po zjedzeniu żela gdy musiałem kilka razy zboczyć niestety z trasy :/ Nie było jednak tragedii, ot przepuściłem kilku zawodników których potem złapałem i tyle dlatego też jadłem kolejne żele zgodnie z planem.

Co było błędem.

Tak dobiegłem do końca pierwszego szybkiego etapu. Teraz chciałem zwolnić, więcej pojeść na bufetach i spokojnie biec do etapu 3. Na bufecie okazało się, że za bardzo nie mogę jeść bo nie mam apetytu i brałem kilka kęsów arbuza i melona i leciałem dalej. Przy kolejnym żelu się zaczęło. Pierwsze wymioty. No dobra to przecież się zdarza na takich zawodach więc luz. Jednak z każdym kilometrem byłem słabszy. Na bufetach nie dawałem rady nadal nic jeść, żeli już nie ruszałem została woda bo izo z bufetów był okropny od samego początku.

Na wodzie to daleko się nie poleci. Tak przeleciał mi drugi etap. Na szczęście po wstrzymaniu dostaw żeli skończyły się wymioty został tylko ból żołądka i brak siły z powodu braku dostaw energii. Tu z pomocą przyszedł punkt z przepakami gdzie było więcej jedzenia. Ciepły rosół (wypiłem chyba z 8 kubków) makaron z tuńczykiem etc.. Makaronu całego nie dałem rady zjeść ale połowę się udało no i rosół mnie uratował.

Cały czas myślałem o zejściu z trasy by się nie skatować za bardzo (na początku czerwca mam ciężką trasę w Dolomitach do zrobienia). Postanowiłem, że skoro nie zszedłem na przepaku do dolecę do kolejnego punktu i tam się zobaczy. Eh ta chora ambicja, która siedzi człowiekowi w głowie do tego te okrzyki kibiców Venga Venga Jo !!!

Rosół doprowadził mnie do kolejnego etapu ale skończył się ze dwa km wcześniej, a musicie wiedzieć, że co punkt to był wyżej i stromiej położony a schody w miasteczkach czasami zdawały się być drabinami stojącymi pionowo. Jak ci ludzie mieszkają tu na co dzień ? Twardziele !

 

Gdyby rosół skończył się tak 6 km wcześniej to podejrzewam, że bym zakończył przygodę oddając numer obsłudze

Bierz Pan ten numer i zawoź mnie do domu – venga , venga !

Ale tak się nie stało i ambicja powiedziała, ok stary, ścigania nie ma co prawda ale nie wymiotujesz a do końca zostało 25 km więc doczołgasz się ale ukończysz to.

Zgodziłem się na to tym bardziej, że trasa była coraz piękniejsza, wyższe skały, wąwozy – bajka. Na punkcie Vistabella gdzie spotykaliśmy się z zawodnikami twc zauważyłem Pawła Dybka, który wyglądał mniej więcej tak jak ja. Pomyślałem wtedy, że skoro taki mocarz też ma słabszy dzień to i ja tym bardziej mogę i przespaceruje te ostatnie 25 km robiąc zdjęcia i napawać się pięknem gór.

To był kolejny błąd.

Czy pisałem, że postanowiłem biec 100 km bez kijków ? Nie ? Ok to powiem, by mój kręgosłup ciągle mi z tyłu krzyczy bym koniecznie o tym napisał.

NIE MIAŁEM KIJKÓW

Kręgosłupie – napisałem więc daj mi już spokój.

Zaczął się się etap 3, etap który mial być szybki a okazał się najwolniejszy i najtrudniejszy dla mnie. Początek szliśmy z Pawłem razem, raz przystawał on raz ja. Paweł miał też problemy zdrowotne, pogadaliśmy trochę, dowiedziałem się że wygrał Luiz Fernandez a Magda Łączak była 6 ! Jak nie było Pawła to rozmawiałem z napotkanym zawodnikiem z Hiszpanii. Rozmowa nie kleiła się, tj. Ja mówiłem po angielsku on po hiszpańsku i żaden z nas niczego nie rozumiał ale można było się odezwać do kogoś.

Najgorzej jak byłem sam. Wtedy zniknęła gdzieś ambicja, halo ambicjo gdzieś ty się podziała ?! Został tylko zdrowy rozsądek i się zaczęło:

A po co Ci to bieganie ?

Zejdź z trasy !

Przecież stopy palą Cię od 40 km ( fakt moje Saucony, które zawsze dzielnie mi pomagały na kamieniach tym razem wymiękły i stopy bolały mnie jak diabli)

A skończ z tym bieganiem przecież możesz pływać na kajakach tak to Ci się przecież podoba…

No i to – koniec z bieganiem ultra

🙂

Zatem odzywałem się niemal do każdego lub czekałem na „mojego” Hiszpana by z nim trochę poplotkować.

Na briefie powiedziano, że ostatnie 10 km będzie oznakowane co kilometr. Przydało by mi się to bo po 18 godzinach suunto padł i nie wiedziałem na którym kilometrze jestem. Zegarek zrobił to na planowym dystansie trasy tj 107 km zakładając zapewne, że to już koniec. Niestety nie był to koniec 🙂 Po jakimś czasie pojawiła się tabliczka 5 km do mety. Po kilku km dalej znów 5 km do mety 🙂

Wszystko jakby się tu powtarzało

5 km

5 km

Venga

Venga

To już ostatni podbieg

To już ostatni podbieg

To już ostatni podbieg

(…)

To ostatnie jakby częściej słyszałem 🙂

Aż pojawiła się kolejna tabliczka z napisem 2 km do mety i tu faktycznie był już zbieg 🙂

W sumie wyszło 112 km tak mają inni zawodnicy z tego dystansu.

Dawno tak nie wyczekiwałem mety jak wtedy ! W końcu jest meta z czerwonym dywanem a na niej medal.

Jest też ciabata z szynką i napój plus ciepła zupa. Dodatkowo jest prysznic no i darmowi masażyści – oczywiście korzystam 🙂

Zrobiło się dość zimno więc skierowałem się w kierunku autobusu. Tu należą się brawa organizatorom, gdyż tak jak mówiono na briefie autobusy kursowały non stop i mimo wielu zawodników na parkingu długo nie trzeba było czekać. Teraz już tylko godzinka jazdy autokarem i wieczorem zameldowałem się w hotelu.

Wnioski

Więcej trenować 🙂

Żele zastąpić bułkami z szynką

Kupić buty z lepszą amortyzacją, Saucony ostatecznie się rozpadły

A kolega kręgosłup przypomina o kijkach.

Poniżej kilka fotek złapanych na trasie.

Na koniec kilka zajawek z ceremonii otwarcia mistrzostw

 

oraz więcej galerii profesjonalnych fotografów z zawodów Penyagolosa Trails