Długo byłem przekonany, że w górach najbardziej lubię grań, gdy wspinam się skalnym grzbietem i mam tony powietrza po każdej ze stron a gdzieś w dole mającza chmury. Tak to piękne uczucie ! ale jednak na pierwszym miejscu jest nie grań lecz wierzchowina i to najlepiej w postaci rozległych łąk. Łąk, na które aż chce się położyć i podziwiać panoramę gór na horyzoncie. Jest takie miejsce w naszych górach, które przywołuję w pamięci gdy jestem w pracy i potrzebuję restu na chwilę. Właściwie nie miejsce tylko cały rejon – Pieniny czy graniczące z nimi Pogórze Spiskie. Łagodne, wysoko położone łąki z widokiem takim, że nasze wewnętrzne akumulatory ładują się w mgnieniu oka a godzina spędzona tam pozwala nam na kilka tygodni pozytywnego życia w każdych warunkach. To miejsce to nasza tarcza przed negatywnymi bodźcami otaczającego Świata.

Wierzchowina i najpiękniejsza tapeta
Wierzchowina i najpiękniejsza tapeta

Dlatego też jak tylko mogę staram się tam pojechać na różnego rodzaju zawody czy to kiedyś w cyklu MTB czy ostatnimi czasy na bieganie. Choć zajmuje to sporo czasu, tym razem dotarcie tu zajęło mi niemal 10 godzin. Zawsze jednak miałem niedosyt, gdyż wierzchowina była zaledwie kilku kilometrowym fragmentem niemal odpryskiem całej trasy, ot choćby bieg w Szczawnicy – było kilka miejsc, punktów które potem w pamięci celebrowałem 😉

Miejsce staru
Miejsce staru

Jednak pojawił się bieg, który w moim przekonaniu jest w ścisłej czołówce najpiękniejszych biegów Polski. To już nie kilka miejsc czy punktów widokowych na trasie ale ULTRA FULL HD !!! niemal ⅘ trasy z widokami, które natychmiast naładują każdego w 5 minut a wszelkie zmartwienia zostaną wyparte ogromem piękna, w którym się znajdujemy. Ja biegłem 5 godzin więc jestem naładowany do końca życia.

Nie wiem czy dam radę teraz biegać “zwykłe” biegi bez takiego wspomagania 🙂

Zdecydowanie trasa to bardzo mocny argument przemawiający za wystartowaniem w tych zawodach.Na szczęście to nie wszystko. Można mieć super auto nawet specjalnie podbajerowane za kupę kasy a i tak wyląduje na pobliskim drzewie jak kierowca będzie do dupy i to nawet przy jeździe 50 km/h. Zatem podaję kolejny argument – organizacja.

Mamy tu trasę 48 km, których dostajemy aż 6 bufetów. Bufety poza tradycyjnymi specyfikami posiadały bonusy, np.: izotonik taki jakie sami robimy czyli woda, sól cytryna i miód oraz wersja High Life – herbata ze Śliwowicą.

Jakie pytanie pada często na bufetach ?

Za ile jest następny bufet ?

Albo

czy teraz będzie dużo pod górke ??

Tu nie trzeba było pytać bo przed bufetem była tablica z takimi informacjami jak obecny dystans, odległość do następnego bufetu wraz z przewyższeniami + i -. Zatem komplet potrzebnych danych dostajemy w twarz. Informacja to chyba słowo klucz tej imprezy. Jeszcze przed zawodami dostawaliśmy maile z aktualna prognozą pogody i zalecanym sprzętem.

Poniżej filmik BeskidTV

Tym sposobem przechodzę do kwestii nazwy biegu a mianowicie BEDZIES KWICOŁ.

Zasugerowałem się ostatnim mailem odnośnie pogody i panujących warunków na trasie gdzie zalecano raczki lub buty z kolcami. Zabrałem zatem buty z kolcami. Buty takie są idealne na śnieg czy śnieg z lodem. Generalnie nie lubią twardych nawierzchni a precyzyjnie osoba mająca takie obuwie na nogach boleśnie odczuwa, że biegnie po betonie czy innej twardej nawierzchni. Przedwiośnie to taki mix wiosny i zimy i taki mix był na trasie, były fragmenty asfaltu czy betonu na drogach, były zmrożone koleiny wyginające nasze stopy w każdych kierunkach, było kilka zasp śnieżnych, kamieni, błota nawet, wyślizgane zmrożone trawki tafle lodu, ba ! były nawet zwalone drzewa i to czasami konkretne. Jednak to wszystko było twarde jak cholera i każde spotkanie z ziemią powodowało coraz większy ból stóp. Pierwsze 12 km robiłem w miarę szybko poniżej 5 min/km i szybko uświadomiłem sobie, że nie dam rady tak dłużej cisnąć. Łzy stopniowo były ze mnie wyciskane niczym sok z cytryny i tak kwicołem do 30 km czy może 35 , gdy organizm w końcu poddał się widząc, że i tak będę kontynuował bieg. Z jednej strony chłonąłem całym ciałem ogrom otaczającego piękna a z drugiej rzeczywistość wyciskała ze mnie łzy kolcami. Przezwyciężyłem jednak to i ostatnie 2 km finiszu to tempo poniżej 4 min/km i tu endorfiny zniwelowały resztę bólu. Na deser okazało się, że w bucie został jeden z paznokci hehe oj teraz czas na regenerację.

Ostatnia prosta i schody do mety
Ostatnia prosta i schody do mety

Oznaczenie trasy było ok, jednak i tak się zapędziłem nie w ta ścieżkę co trzeba i poszło parę minut sam nie wiem dlaczego. Może kolor taśmy nie był zbyt jaskrawy ? Tak czy owak ozaczeń było dużo ale widziałem sporo osób, które też poleciały nie tam gdzie powinny.

Każdy miał chyba na tym biegu swoje przygody. Magda na przykład miała dwie mocne wywrotki i teraz ma dwa rozbite kolana. Maciej jednak przebił wszystkich. Nie dość, że rozchorował się przed biegiem to na 10 godzin przed startem zauważył, że zabrał o jedną torbę za mało. Torba ze spodniami została 550 km dalej 🙂 Na szczęście poratowała go żona własnymi wyjściowymi legginsami w rozmiarze S – Maciej to chłop chyba 2 metry …. Tak Maciej pobiegł i skończył mimo choroby braku spodni i awarii Achillesa w trakcie !

Tak właśnie działa piękno gór zwane wierchowiną.

Kolce wbijają ci się w stopy ? So What !

Niemal łamiesz nogi i zmieniasz kolana w papkę ? So What !

Nie masz spodni ? masz grypę ? trzasnął ci achilles ? So What !  

Wiadomo, że zima to nie czas na ściganie bo do sezonu jeszcze daleko a to początek treningów więc i do formy daleko ale jeśli rozważacie mocny górski trening to zdecydowanie warto to przyjechać.

Dziękuję za ten bieg i za spotkanie

 

więcej o biegu zimowy janosik na stronie organizatora

link do wyników