Aigüestortes Estany de Sant Maurici oraz Natural Park of Posets-Maladeta

0
Zaplanowaliśmy tygodniowy wypad czerwcową porą w Pireneje i na koniec rest na Costa Brava, a jak na bogato !Plan był taki mniej więcej: na Pewno Pico de Aneto może Maladeta potem poszwędać się po Sant Maurici.

No i pięknie lądujemy w Barcy teraz szybko po autko które już na nas czeka;  piękne, umyte i gotowe do akcji – bety zapakowane papiery wypisane kasa zabukowana na karcie – można jechać ! Po drodze tylko jakieś supermercado by zaopatrzenie na góry zrobić no i tu zonk. W Barcy jesteśmy w niedzielę a to oznacza kłopoty – pozamykane sklepy typu decathlon etc chwile tracimy na szukanie ale wszystko zamknięte, więc w trase kierunek północno zachodni.

Im dalej w głąb tym trudniej coś znaleźć i dogadać się po angielsku zamiast where is … padają z naszych ust Donde esta … ale że jak w niedzielę ??? Tak kurna w niedziele u nas w Polsce zapierdala się co dziennie a nie sjesta pół dnia i jeszcze niedziela wszystko pozamykane, ja pierdole co za kraj.

Coś tam gdzieś udało się kupić ale już teraz nie pamiętam czy czasem nie w poniedziałek.

Nic to Polak jak czołg napiera, więc dość szybko docieramy na parking – szybko bo całość przelot wynajęcie auta i dotarcie zajmuje nam mniej czasu niż podróż pkp z Poznania do Zakopca.

Na początek planujemy wejście na szczyt Montardo 2833 m – wypad na dwa dni.

Jako, że nie ma sezonu, można podjechać wysoko autem na parking, korzystamy z tego oczywiście, małe przemeblowanie zawartości plecaków i w drogę, przed nami 4 km i 600 m przewyższenia do jeziorka Lego Restanca z piękną tamą i schroniskiem do którego nie wchodzimy jednak, wolimy restować sie po 1,5 godzinnym podejściu mocząc stopy w krystalicznie czystym jeziorku. Szybka kawka jakaś przekąska i w drogę kolejne 600 m przewyższenia przed nami i 3 km . Ostatecznie rozbijamy namioty z widokiem na L’Estany de Monges, jest pięknie. choć nie można powiedzieć że jest ciepło 😉 Na szczęście w namiocie czeka śpiwór puchowy nieodzowny w słonecznej Hiszpanii.

Rano okazuje się że pogoda jest ok, można atakować szczyt, idziemy na lekko szlakiem, każdy swoim, jak to w Pirenejach oznakowań albo nie ma wcale albo jest ich za dużo.

Na pik nie jest daleko 360 m w górę droga dość oczywista, a widok z góry piękny. Tam też oczom naszym ukazują się piękne szczyty, Besiberri Sud i Nord są tuż tuż – szlak wiedzie droga powrotną, kluczy między jeziorkami i jest dość długi ale widzimy alternatywę o tu zaraz przed nami granią potem lodowczykiem znów grań i jesteśmy. A co idziemy, to banał, będzie git !

Taaa Było zajebiście szło się spoko ścieżka której nie było w końcu zniknęła pozostawiając lufy dość konkrente, zaczęło się szukanie drogi i walka z przyciąganiem na szczęście w końcu wyrgrał rozsądek i nas zawrócił na szlak. Po kolejnych 4 godzinach i 7 km dochodzimy do Mar Lago. który okazuje się kolejnym zbiornikiem na wodę – w tym czasie woda była na niskim poziomie i na dnie zamiast kamieni był piasek jak na plaży. Zostawiamy namioty i inne ciężkie i zbędne rzeczy i pniemy w kierunku Besiberi Nord.

Czasu mało, przewyższeń sporo. Jest stromo ślisko i czujnie jak cholera – cała droga wzdłuż Lago Mar potem wbijamy się w górę do kolejnego stawu. Jak zwykle kopczyki sa w lewo i w prawo mapa pokazuje drogę w prawo część z nas upiera się że lepiej iść na lewo. Poszliśmy wbrew mapie na lewo. O rzesz mać, zaczęła się jatka na całego; najpierw ścianka niemal pionowa na szczęście był beton a potem zaczęło się błądzenie na maxa. Nie że nie było fajnie, ale qrna to nie droga na Besiberi Nord – nic, jesteśmy w dupie. Za późno na powrót na szlak, czas na wycof.

Chwilowo opuszczamy ten rejon i gnamy na Pico de Aneto.

Docieramy w rejon Maladety. Ja pierdole jak tu ładnie ! Nie wiem czy patrzeć na krętą wąską drogę z setkami zakrętów czy na wszystko wokół. Jest bosko, piękne granity pnące się, błekit nieba. Tak tu jest raj ale na początek pion do zdobycia zaledwie 1,5 godzinki w góre i lądujemy w schronisku La renclusa gdzie zamierzaliśmy rozbić namiot. Ale jakoś namiotów nie widać, miejsca też niby za bardzo nie ma, sa jakieś platformy jakby ale pod schroniskiem, nee na pewno nas wyjebią i każą płacić, nie ma bata. W podłych humorach frajerów co to targali namioty by stwierdzić że nie ma możliwości spania w nich w tym miejscu idziemy do schronu po piwo. Oszołomieni faktem braku miejscówki poddajemy się cenie 3 eurantów za puszkę 0,33 Corony bez veta.

Następuje biadolenie jakie to z nas pizdy i takie tam dyrdymały które pominę, nadchodzi tem moment gdy rozum mówi – nie bądź frajer i nie płać 3 euro za piwo spytaj czy można rozbić namiot. Tak też robię i dowiaduję się, że TAK można spoko rozbijać namioty nie ma z tym problemów, rozum znów dostaje kopa i fundujemy piwo za 3 euro ale już na wesoło.

Pogoda nie jest za i ciekawa ledwo zdążyliśmy rozbić namioty przed ulewą, kolacyjka i spanie. Rano pogoda nadal jest taka se, ale w schronisku mówią że nie będzie padać a lokalsi prą na szczyt. Zwijamy się i my. Mijają nas chłopaki na ski turach chyba z 15 osób.

Tego dnia robimy 9 km i po 1600 m przewyższeń w góre i w dół. Droga jest prosta nie sposób się zgubić tym bardziej, że sporo osób na szlaku. Sama końcówka jest ciekawa. Paso de Mahometo broni dostępu do najwyższego szczytu Pirenejów. Aby nas wpuścił, trzeba dosiąść go jak konia.

Widoczki znów piękne, ale ni cholery nie możemy namierzyć Maladety na którą chcieliśmy wejść, pytamy lokalsów, ale pokazują ręką machając tak że w ich zasięgu jest kilka szczytów. W drodze powrotnej pytamy kolejnych – nie wiedzą. Z mapy niewiele wynika wydaje się nam że idziemy dobrze, przecinamy lodowiec i docieramy w naszym mniemaniu pod szczyt Maladety, który jak sie okaże później jest po lewej, a my wbijamy się w rumowisko skalne. Jest fajnie mimo wszystko, ale robimy wycof.

W planach mamy jeszcze Pico de Alba opisany w przewodniku jako łatwo dostępny. Kto to kurwa pisał ? Tak się zapytam. Łatwo dostępny szczyt dobry na rozpoczecie przygody z Pirenejami. Taa zajebiście prosta i oczywista droga. ja pierdole gości, tam omal nie zginęło moich trzech kolegów, a ja wspinałem się po ściance granitu z delikatnymi peknięciami tu i ówdzie. Nie ma co lajtowa droga. Nic to, pik zdobyty, piździło strasznie nie miałem się do kogo odezwać, spierdalam na dół, powiększę jeszcze szczeliny w granicie przy zejściu i juz jestem na dole.

Wracamy do Parku Aigüestortes Estany de Sant Maurici tym razem od wschodu tak połazić po prostu bo jest tu pięknie. Rozważaliśmy też Rejon Ordesy ale ostatecznie wybralismy co wybraliśmy.

Pogoda załamywała się coraz bardziej na polance Porrtaro Espot było już bardzo słabo, a mieliśmy jeszcze trochę drogi do biwaku. Doszliśmy tego dnia do jeziorka Estany del Bergus po przejściu 13 km wypiciu zapasów winka i piwka poszliśmy grzecznie spać tym bardziej że zapomniawszy drugiej części mapy tego rejonu nie mieliśmy pojęcia gdzie jest szczyt na który chcieliśmy wejść 😉

Gran Tuc de Colomers, tam chcieliśmy wejść, ale po wejściu 500 m w górę doszliśmy na szczyt Cap de la Pala Alta d’estany LLong i też było super.

Pogoda znów się psuła ciśnienie spadało na łeb na szyję, trzeba było szybko uciekać do namiotów. Na miejscu część z nas stwierdziła, że z uwagi na coraz gorsze warunki zejdą do schroniska niżej, a część została. No i mieliśmy noc ciekawą, wiało jak cholera namiot robił za kołdrę, sypało śniegiem, były pioruny deszcz i grad. Rano teren był zmrożony, zaliczyłem potężną glebę przechodząc przez strumień na oblodzonych kamieniach. Doszliśmy do schroniska, chłopaków nie było – poszli na spacer, zostawiliśmy info że poszliśmy do auta, tam tez się wszyscy spotkaliśmy i kończąc przygodę w Pirenejech na teraz wszyscy stwierdziliśmy że tu jeszcze wrócimy, bo te góry są tego warte.

A tymczasem droga na Costa Bravę. Jedziemy droga pełna zakrętów, które tak lubię, krętych serpentyn z przepaściami i pięknymi widokami, mijamy Andorę a potem juz płasko aż nad morze. Znajdujemy idealną miejscówkę więc jest czas na kąpiel w morzu. Bajka, zero ludzi całe plaże dla nas, woda ciepła, ale bez przesady 😉

Zostajemy tu jeszcze jeden dzień i na koniec zostawiamy spacerek po Barcy.

Parkujemy autko w pobliżu Parc Guell, jakimś cudem udaje się znaleźć darmowe miejsce, parkujemy na grubość lakieru ale jest spoko.

Kto wie jak daleko jest z Parc Guel do Barcelonetty ten wie że nie jest blisko, niech doda sobie do tego że wszyscy byliśmy w japonkach i trzeba było wrócić – nabiliśmy tak 20 km. Wystarczyło by pojawił się bąbel na moich stopach, mało tego – by on pękł i powstał kolejny 🙂

Ale kocham to miasto, mimo że byłem tam wielokrotnie to i tak bym przeszedł te 20 km w klapkach, bo inaczej nie można zwiedzać Barcelony jak własnie spacerkiem

[alpine-phototile-for-picasa-and-google-plus src=”user_album” uid=”vanoltom” ualb=”5754206013035885857″ imgl=”fancybox” style=”gallery” row=”4″ grwidth=”800″ grheight=”600″ size=”320″ num=”100″ align=”center” max=”100″]

skitury w Tatrach Zachodnich

0
Tatry na skiturachWiosny jak nie widać tak nie widać postanowiliśmy z Tomkiem wyskoczyć na chwilę na narty w Taterki. Warunki były hmm romantyczne 😉 jak poniżej opisał to Tomek sama biel. Faktycznie często były takie sytuacje, że bardziej czuło się ruch niż go widziało. Np po jakiejś chwili zorientowałem się, że mimo skantowanych nart zsuwam się coraz szybciej w nicość, biel …. albo nagle się wywracam bo zjechałem na płaski teren a błędnik nadal uważał, że jestem na stromiźnie i takich sytuacji była cała masa. Bardzo fajnie mimo wszystko było, od rana narty potem obiad i dalej bieganie. Wypad intensywny.Zapraszam na relację Tomka:… nigdy by mi nie przyszło do głowy że biel może mieć tyle odcieni. Jest jasna, jaśniejsza, bardziej jaśniejsza, najjaśniejsza. Nie zmienia to jednak faktu że biel to biel i choćby nie wiadomo co, po pewny czasie czujesz się tak trochę nierealnie, jak w piosence Dancing Shoes Brodki. Przede mną biel, za mną biel i gdyby nie grawitacja mógłbym pomyśleć że gdzieś lecę. Cisnę dalej przed siebie czasami kompletnie zamykając oczy. Szlak to raz się wypłaszacza by po chwili ostro piąć się do góry. ,, Co za bezsens! Co ja tu robię? Przecież nic nie widać”. Piję łyk wody z bidonu i rozglądam się dookoła – ,, tak, tak to nie Rzędkowice ” Jestem gdzieś w drodze na skiturach … no właśniePlan jak zawsze jest prosty i taki sam: szybko i mega lekko. Niestety mega lekko to w naszym wykonaniu targanie plecaków po 15 kg a szybko … tak szybko żeby się tylko nie spocić. Tym razem celem jest wypad w Tatry na skitury. Dla Tomka z Poznania to podróż trwająca 14 godzin he he he – szybciej by mu było chyba w Alpy na narty. Na miejscu jesteśmy o 23:00. Nocleg zarezerwowany w schronisku w Dolinie Chochołowskiej. Pakujemy plecaki i zaczynamy cisnąć. Gadka się kleiła coraz lepiej może to za sprawą kolejnych browarów, które obalaliśmy targając plecaki z przytroczonymi nartami, a może to za sprawą mojej wrodzonej inteligencji i poczuciu humoru. Dochodzimy do celu o 01:00. W pokoju myślałem że czekać na nas będą 4 osiemnastki (jak w piosence Tomka Niecika) a tu pech – pusto. Szybko zasypiam, poskręcany w za krótkim łóżku chyba dla karłów .Rankiem w piątek słyszę gromkie, anielskie śpiewy ,,Alleluja, Alleluja …” jestem w niebie ??? nie, to kółko różańcowe wita kolejny mglisty dzień. Ekipa z Radia ,,M” śpi chyba w pokoju obok i tak będzie przez trzy dni. Szybkie śniadanie. Znowu pakujemy plecaki – tym razem na mega, ultra lekko 10 kg i ciśniemy na Grzesia. Plan jest prosty jak kochanie, wejść – zjechać i tak w kółko. Szlak prowadzi przez gruby, stary las świerkowy u szczytu się trochę zagęszcza. Same wejście nie sprawiało większych trudności ale o zjeździe już tak nie mogę powiedzieć. Pierwszy zjazd i pakujemy się w gąszcz świerków. Początkowo jako tako ale później to bez siekierki Fiskarsa nie da rady. Zakładamy foki i dymamy po śladach pod górę klnąc przy tym siarczyście (he he he nawet fajnie to wyglądało: cisza, góry i ja, a tu z tyłu słyszę z kszonu … ,, kur… ja pierd… kur…”. Z porysowanymi gębami od gałęzi i uwaleni dostajemy się wreszcie na prawidłowy szlak. Wchodzimy i zjeżdżamy jeszcze dwa razy – kszon omijając szerokim łukiem. Czeka nas jeszcze zjazd w dół do schroniska. Co to był za zjazd – tu nie ma czasu na wahanie się trzeba ciąć prosto lawirując między pniami drzew. Kilka razy prawie bym przywalił, wybijając przednie kły ale anioł stróż czuwał  W schronisku jemy, pijemy energetycznego browara za 8 złociszy i idziemy spać. Drzemka miała trwać 30 min no max 40 min. Wstajemy po 3 godzinach. Trochę zaśliniony szybko zakładam speed crossy Salomona i idziemy pobiegać. Kierujemy się szeroką droga w kierunku szlabanu wejściowego do PN. Idze nam naprawdę fantastycznie – nie licząc biegunki Tomka. Nie ma jak to zjeść jogurt śliwkowy i iść pobiegać po górkach. Spoceni, zmęczeni ale uśmiechnięci w obcisłych leginsach idziemy dumnie przez schronisko i co? i nic … ani jeden dziad się na nas nie popatrzył  może jutro będzie lepiej.Sobota – następny dzionek, tradycyjne ,,Alleluja, Alleluja …” trzeba wstawać 8 rano. Śniadanie, kibel szorujemy kły i po chwili już ciśniemy zwarci na Rakoń. Pogoda … takie mleko ze śmietaną. Generalnie kiepsko. Po drodze wymijamy Czechów albo Słowaków (nigdy ich nie mogę rozpoznać po gadce) z nadzieją że idą też na Rakoń. Niestety z Grzesia już idziemy sami. Czasem myślę że droga jest ważniejsza od celu i cały czas zakładam że zjazd będzie nierealny bo widać może na 5 metrów. Dosłownie 50 m przed szczytem wychodzimy z mgły albo chmur. Widać nawet Wołowiec i inne okoliczne szczyty. Ta chwila trwa jednak krótko. ,,Dobra – pada komenda – spadamy po śladach z powrotem”… nagle pojawia się jakiś jegomość na nartach nie wiadomo skąd. Zachęca nas by zjechać z nim z Rakonia do Doliny Chochołowskiej, a że do wódki i zjazdu w ,,nicość” dwa razy nie trzeba nas namawiać chętnie się zgadzamy. Po 10 metrach zjazdu zaczynam żałować pochopnie podjętej decyzji … ,,motyla noga, jak tu stromo” gadam cos przez zaciśnięte zęby. ,,Spoko damy radę jeszcze 200 m i później ma się wypłaszczyć” – słyszę odpowiedź jegomościa. Prawdę mówiąc nie uspokoiły mnie te słowa. Jedziemy dalej, przez cały czas mam zaciśnięte zęby i pośladki (tak na wszelki wypadek). Na szczęście po niespełna 15 min jesteśmy w terenie w miarę bezpiecznym. Żegnamy się grzecznie z jegomościem choć najchętniej sprzedał bym mu gonga prosto w ryj za głupi pomysł. Dalej już bez większych przygód nie licząc kilku spektakularnych gleb i fikołków. I znowu po wszystkim w schronisku obalamy po Okocimiu i idziemy się położyć. Tym razem w pokoju są jakieś bety naszych współlokatorów – próbujemy coś ukraść ale nic na nas nie pasuje. Krótka drzemka i znów zakładam buty do biegania. Tym razem miałem odklepać szlaban – 9 km w dół i tyle samo pod górę. Po drodze rezygnuje na 8,5 km i się wracam – dlaczego nie dobiegłem do końca ??? może się wkurzyłem na endo który po 8 km pokazał mi że przebiegłem 300 metrów. Tomasz jak zwykle o 2 kg zawartości jelit lżejszy. ,,A może jeszcze jutro mała przebieżka na Morskie Oka o 5 rano ???” – nieśmiało proponuję. ,,Spoko, spoko świetny pomysł” słyszę od Tomka. Rankiem budzi nas gromkie ,,Alleluja, Alleluja ..” jest 8 rano