Cztery osoby jeden cel – Góry Forgalskie w Rumunii, kilkudniowy Trek kończący się na najwyższym szczycie Rumunii czyli Moldoveanu po drodze odwiedzając drogę Transfogarską.
Nie bez atrakcji dotarliśmy do miejscowości Sybin, po drodze wpadliśmy chyba w tunel czaso – przestrzenny jadąc skrótem nocą przez jakieś góry. Zdawało nam się, że jechaliśmy tam cała noc choć wskazania licznika pokazywały ok 50 km … No cóż kraina Drakulii ma widać własne definicje fizyki.
W Sybin, zrobiliśmy niezbędne zakupy i ostatecznie zdecydowaliśmy się jechać pociągiem kilka wiosek dalej by już tam zacząć wbijać się w góry. Rumunia… i każdy z nas ma już jakiś wizerunek biedy i zacofania. Ja też tak miałem ale wizerunek ów runął jak tylko wsiadłem do ich lokalnego pociągu – PKP natychmiast na szkolenia do Rumunii !!!
Ok dojechaliśmy zdaje się gdzieś w pole z jednym budynkiem (dworcem ) wielkości budy psa Szarika i ruszyliśmy do wioski Turnu Rosu i tam już zaczyna się szlak górski. Początkowo góry te przypominały bardziej Bieszczady, jeszcze było dość nisko ale już pięknie i nikogo na szlaku. Na noc rozbiliśmy namioty i rozpaliliśmy ognisko planując dalszą drogę na kolejny dzień.
Kolejne dni wspinaliśmy się coraz wyżej i krajobraz bardzo przypominał już nasze Tatry, szliśmy granią raz śpiąc w namiotach raz w wybudowanych z płyty obornickiej szałasach z łóżkami. Całkowicie za darmo, mało tego miały prąd był w razie czego wezwać pomoc przez radiostację. Szok dla nas przyzwyczajonych do samych zakazów i drogich schronisk/hoteli w Tatrach.
Ostatecznie doszliśmy do Drogi Transfogarskiej tu już było sporo ludzi, turystów sklepików, straganów, płatnych miejsc do rozbicia namiotu bo polem tego nazwać nie można, płatne kibelki i cały ten szajs. Byliśmy tam jeden dzień i szybko uciekliśmy dalej i wyżej w góry ku naszemu celowi Moldoveanu.
Po drodze byliśmy jeszcze w schronisku Cabana Podragu, tam mieliśmy ostatni nocleg (można rozbić namiot za schroniskiem). Ciekawostką tego miejsca jest stos puszek za schroniskiem, tak wysoki że przesłaniał schronisko. Oni chyba nie wywożą tego czekają, aż zardzewieje i zniknie.
Ostatni dzień był najtrudniejszy, raz że pogoda się załamywała dwa że mieliśmy dużo bardzo dużo km do przejścia. Trasa jaką wybraliśmy kończył się na Moldoveanu i tam schodziliśmy z gór aż do pociągu chyb w miejscowości Victoria albo i dalej co dawało jakieś 40 km do przejścia z namiotami i całym bajzlem.
Szło się dość długo, po drodze na szczęście udało mi się złapać stopa więc ostatecznie nie było tak źle. Ale minusem tej trasy jest własnie problem z ostatnim etapem – długie zejście. Generalnie piękne góry, strach mieliśmy trochę nie tyle przed niedźwiedziami które tam są co przed watahami bezdomnych pasterskich psów. To są grupy kilkudziesięciu wygłodniałych dzikusów trzeba uważać i być przygotowanym na taką ewentualność.