Picos de Europa wapienne góry północnej Hiszpanii

1
1427
Naranjo de Bulnes
Naranjo de Bulnes

Plan pobiegania w tej okolicy pojawił się w momencie gdy zobaczyłem strzelistą górę Naranjo de Bulnes pionowo wznoszącą się w niebo. Góra przyciągała mnie jak magnes, jeszcze nie znałem wtedy ani jej nazwy ani całego pasma górskiego. Na początku nawet myślałem, że Picos de Europa to nazwa tego szczytu 😉 Okazało się szybko, że to całe pasmo górskie. Są to góry Kantabryjskie. Skąd nazwa Picos de Europa ? Spodobała mi się legenda podawana przez Wiki:

Według legendy nazwę tej grupie nadali żeglarze powracający z dalekich podróży do domu. Strzeliste, bielone przez zimę śniegiem, wysokie szczyty były dla wspomnianych podróżników nieraz zwiastunem rodzinnych stron.

Okazało, się że można tam w miarę tanio dolecieć z Berlina bezpośrednio, zatem szybko kupiłem bilety i zacząłem planowanie wycieczek biegowych. Jako, że mam teraz okres roztrenowania zaplanowałem dwie małe wycieczki. Jedna oczywiście do szczytu Naranjo de Bulnes a druga w rejonie  Lagos de Covadonga

 lagos de covadonga
lagos de covadonga

Aktualną pogodę i sytuację w górach można śledzić np na stronach lokalnych schronisk:

kamera w schronisku Urriellu oraz kamera i pogoda na stronie schroniska Collado Jermoso zapowiadało się idealne 🙂

Zatem na pierwszy rzut poszły jeziorka Lagos de Covadonga, krótka trasa ok 7 km na pełnym luzie.

Punkt startowy to parking kilkadziesiąt metrów od pierwszego jeziorka. Wspaniałe jest to, że można podjechać autem pod sam szlak, na dodatek parking jest darmowy (jest ich kilka) i jest toaleta, też darmowa 🙂 Zatem jest gdzie się przebrać i umyć po biegu. Lubie to ! Zapewne to spowodowane było tym, że byłem po sezonie… w sensie po wakacjach bo sezon na bieganie cały czas był idealny. Czas zobaczyć na własne oczy jeziorka które znam z internetów 🙂

najbardziej znany widok na lagos de covadonga
najbardziej znany widok na lagos de covadonga

No to co, trampki na nogi i w drogę ! Miejsce jest na tyle urokliwe, że co chwila robiłem zdjęcia. Teren łatwy, w jednym miejscu wyślizgany wapień niczym piątkowe drogi na Jurze czyli tak zwane mydło, które w połączeniu z wilgocią powodowała że ślizgałem się. Generalnie trawki i szuter, luz totalny i taki tez był ten bieg. Na dodatek sporo tu atrakcji w postaci krów, kóz czy na wet swobodnie pasących się koni.

stały element krajobrazu lagos de covadonga
stały element krajobrazu lagos de covadonga

Kulminacyjny punkt widokowy na oba jeziorka:

oraz widoczki z najwyższego punktu mojej wycieczki:

lagos

Pierwsze koty za płoty, rozruch wykonany teraz czas na główny cel czyli Naranjo de Bulnes mieszczący się w centralnej części Picos de Europa. Start wycieczki miałem w osadzie Sotres. Tu już miało być konkretniej i tak też było. Zaledwie 21 km ale ponad 1800 m przewyższenia ! Jednak nie to okazało się być najtrudniejszym wyzwaniem.

Trasa spaceru:

Osada Sotres to obecnie dość odludne miejsce położone w przepięknym miejscu. Prowadzi do niego jedna droga, która biegnie dalej jedynie do jeszcze jednej osady i kończy się. Nie ma tu zatem przypadkowych ludzi. Jak nie jesteś lokalsem to przybywasz tu w jednym celu – górska przygoda 🙂 Ma to się zmienić, gdyż jest już zaklepana zgoda na budowę stacji narciarskiej – zapewne szybko to miejsce zdobędzie popularność. Na dziś to dość dzikie miejsce wysoko w górach na odludziu zamieszkałe przez starych farmerów produkujących słynny ser queso de Cabrales

niebieski ser wykonany w rzemieślniczej tradycji przez wiejskich rolników w Asturii , Hiszpania . Ten ser może być wykonany z czystego, niepasteryzowanego krowiego mleka lub jest mieszane w sposób tradycyjny z kozła i / lub mleka owczego , która nadaje serowi silniejszy, bardziej pikantny smak

OK, ale nie dla sera tu przyjechałem tylko dla góry ! Jest na tyle charakterystyczna, że można ją dostrzec na tle innych nawet z oddali.

w tle panorama Picos de Europa z widocznym szczytem naranjo de bulnes, który dzień wcześniej oglądałem z tej plaży opalając się w upalny dzień
w tle panorama Picos de Europa z widocznym szczytem Naranjo de Bulnes, który dzień wcześniej oglądałem z tej plaży opalając się w upalny dzień

Sam szczyt mieścił się w połowie mojej trasy i jak się okazało stanowił on swoisty Rubikon… Wycieczkę biegowa mogę zatem podzielić na dwa etapy:

  1. przed szczytem
  2. po minięciu szczytu

Etap pierwszy to sielska kraina porośnięta miękka trawą przystrzyżoną przez pasące się krowy. Biegnie się szlakami, dobrze oznaczonymi, na których spotyka się trekkingujące osoby a radość podbiegu uwieńczona jest widokiem białych ścian pasm górskich wyłaniających się znad łąk z kwitnącymi krokusami. Bajka ! W dole słychać dzwonki pasących się krów czy owiec i szum rzeki. Po ok 6 czy 7 km w końcu naszym oczom ukazuję się panorama wraz z bohaterem dzisiejszej wycieczki.

naranjo de bulnes, widziane po raz pierwszy w całości
naranjo de bulnes, widziane po raz pierwszy w całości. I FEEL GOOD ta ra ra ra I FELL GOOD yeah

Tu szlak jest już kamienisty ale to ciągle jest dobrze utrzymany i oznaczony szlak, po którym mimo że pod górę da się biec. W końcu docieram pod szczyt i okazuje się, że powinienem już odbić w lewo i opuścić szlak. Tak tu własnie mam przekroczyć Rubikon.

alea iacta est

Jak miał powiedzieć Cesarz czyli „Kości zostały rzucone” . Przekroczyłem Rubikon i wszedłem do etapu nr dwa.

Przedostałem się przez wielkie głazy i oczom mym ukazał się całkiem inny Świat. Tu nie było trawki, niebieskiego nieba, Słońca czy pasących się krówek. Tu był Świat piargów, stromizn i zimna. Zapowiadała się walka 🙂

Na pierwszy ogień dość sporawe podejście piargami jak mi się wydawało na grań a co było tylko etapem pośrednim.

Zaczęły się tradycyjne problemy z nawigacją – gubiłem ślad co rusz i błądziłem szukając drogi. W połowie podejścia na 2000 m pojawił się śnieg, jednak nie na moim trasie i tylko dwa małe płaty. Sporo było tu wspinania po płytach i cieszyłem się, że zabrałem buty na skałę. Trzymały świetnie. Nie było lekko ale trzymała mnie nadzieja, że na końcu jest grań i dalej już zbieg.

Po wejściu na górę wiedziałem, że jestem w błędzie 🙂

Znów błądzenie bo zegarek kazał mi iść w lewo a ścieżka szła w prawo. Ostatecznie wybrałem to co wskazywał zegarek ale musiałem się powspinać trochę. Zatem często kolana miałem na wysokości brody i tak krok za krokiem, dwa do przodu jeden do tyłu pokonywałem kolejne metry. W końcu dotarłem na górę na wysokość 2378 m w planie było jeszcze wejście na szczyt po lewej ale zmarnowałem sporo czasu a gdy zobaczyłem co mnie czeka na zejściu stwierdziłem, że każda dawka energii mi się teraz przyda. Zatem, sorry szczytu nie będzie, zaoszczędziłem dobra godzinkę. Zejście było bardzo strome i praktycznie bez stałych elementów w postaci stałego kamienia. Sam piach i drobne kamyczki co w praktyce oznacza zsuwanie się. Dalej po granice widoczności ciągnęła się nieskończona ilość kamoli różnej wielkości, szlaku oczywiście tu nie było ani kopczyków zaledwie jakieś urywane ślady na piargu. Mogłem nawigować tylko na podstawie zegarka, tylko jak na niego patrzeć non stop jak trzeba patrzeć gdzie kłaść kroki 🙂 Zeszło mi trochę czasu na dotarcie do mniej stromej części trasy. Teraz krajobraz zmienił się, zniknął piach a pojawiły się duże kamienie porozrzucane wszędzie tworząc swoisty labirynt. Wszystko to oczywiście na nierównym terenie zatem trzeba było kluczyć. Zabawy nie było końca 🙂 Przypominało to trochę takie kluczenie na lodowcu czy bardziej na polu seraków. Czasami trzeba było wspiąć się by poszukać drogi i tak w kółko. Ale po jakimś czasie dostrzegłem w oddali zabudowania, wg kompasu powinno to byś miejsce mojego startu. Zatem nie jest źle ! Po chwili było widać już dno doliny a po jakimś czasie drogę. Jeszcze sporo czasu minęło zanim udało mi się tam dotrzeć ale było coraz łatwiej. Pojawiały się coraz częściej kopczyki więc nie musiałem tak często spoglądać na zegarek i schodziłem coraz szybciej. Gdy pojawiła się ścieżka zacząłem już zbiegać. Gdy dobiegłem do drogi zrobiło się bardzo ciepło, Słońce grzało mocno na szczęście zostało mi jeszcze 250 ml wody. Teraz mogłem na spokojnie popatrzeć na drogę, którą schodziłem. Jak udało mi się tu nie zabłądzić ?? Wyglądało to jak jedno wielkie lawinisko. Zastanawiam się czy nie lepiej jednak było by zacząć wycieczki od tej strony. Tak i siak nie da się zbiegać zatem miałbym to samo tempo na podejściu ale z kolei spod szczytu Naranjo de Bulnes móŋłbym swobodnie biec szlakiem aż do mety. No ale wtedy nie spoglądałbym cały czas na górę bo miałbym ja za plecami 🙂 Zatem chyba tak miało być, że mam nasycić oczy widokami.

sotres

Dotarłem w końcu do auta, przebrałem się i nadszedł czas na pożegnanie się z tymi pięknymi górami na jakiś czas. Mam nadzieję kiedyś tu wrócić i pobiegać po nich więcej. Może przy okazji zawodów ultra UTPE PICOS DE EUROPA ??

Tym bardziej, że od wyjścia z domu po stanięcie na szlaku zajmie mi to mniej czasu niż dotarcie w nasze Tatry….

 

1 KOMENTARZ

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.