Nigdy nie trenowałem wg planu, po prostu brałem rower albo ubierałem buty biegowe i wychodziłem pojeździć czy pobiegać. Miałem kiedyś pulsometr ale po jakimś czasie wywaliłem go bo co mi po tych wynikach ? Czytałem jakieś zalecenia o trenowaniu w danych progach i podawano nawet wzór jak obliczyć swój max HR ale zaraz zastrzegano, że bez badań to tylko wróżenie z fusów.Zatem odpuszczałem wszelkie dostępne w sieci zestawy treningowe bo skąd mam wiedzieć np.: jaka jest moja II strefa ? Trenowałem dużo, tzn wydawało mi się, że trenuje – ok przeznaczałem na aktywność fizyczną masę czasu a efektów jakoś nie było.Ten rok przeznaczam na bieganie ale tym razem chciałem podejść do treningów bardziej profesjonalnie.Zacząłem od podstawowych badań, które zlecił mi lekarz ogólny jak mu wytłumaczyłem co chce robić. Robiłem też EKG wysiłkowe serca. Wszystko ok, zatem kolejny krok by móc korzystać z planów treningowych i dopasować je do mnie było wykonanie badań wydolnościowych.Samo badanie trwa ok 30 minut, najpierw jest ważenie i sprawdzanie masy tłuszczowej. Następnie przechodzimy na bieżnię i zakładamy maskę, która podłączona jest do maszyny pomiarowej. Ja najpierw jeszcze się rozruszałem na bieżni, gdyż nigdy na niej nie biegłe – ot wada człowieka lasu 😉 Okazało się, że to nie jest trudne więc przystąpiliśmy do badania, rozpoczynamy luźno i co minutę zwiększa się prędkość o jednostkę. Ja startowałem chyba z prędkości 12 km/h a kończyłem przy 20 km/h i to wystarczy by określić wszystkie progi i parametry potrzebne do treningu. Podczas badania , cały czas ktoś stoi koło bieżni gotów do pomocy jak choćby zatrzymania czy złapania biegnącego. Jest też na bieżni zamontowany bardzo duży czerwony wyłącznik zatem czułem się bezpieczny 😉 Co dostajemy ? oczywiście informacje o naszym max HR i progach wraz z zaleceniami treningowymi – jakie treningi w jakiej strefie i jak często robić. Co trenujemy biegnąć w pierwszej połowie danego progu a co w górnej połowie. Generalnie mamy niemal plan jak trenować. Zostaje teraz zintegrowanie tej wiedzy z planem treningowym i tu albo sami szukamy z gotowych i dopasowujemy pod siebie na podstawie tego badania albo idziemy do trenera i dajemy mu instrukcję do naszego organizmu a on drukuje nam plany. Co kto lubi.Osobiście nie wyobrażam sobie trenowania bez zrobienia tych badań, można robić na czuja ale wyniki też będą na czuja. Badania wydolnościowe z jednej strony pomogą efektywniej trenować a z drugiej pozwolą unikać kontuzji, które pojawią się gdy przeciążymy organizm bo np.: zamiast robić wolne wybieganie w I strefie będziemy to robić w II i wcale nie nastąpi regeneracja a powiększy się zmęczenie. A skutek zmęczenia w niedalekiej przyszłości będzie kontuzja. Koszt takiego badania to ok 250 zł. Zawodnicy robią to min dwa razy w sezonie – na początku i na koniec sezonu, by sprawdzić jaki jest postęp. opis do zdjęcia: Strefa beztlenowo-tlenowa: Jest to tzw. trzeci zakres intensywności treningowej. Wysiłki w tym zakresie kształtują wytrzymałość beztlenową potrzebną przykładowo na finiszu czy podbiegach. Praca w tej strefie powoduje duże wahania równowagi kwasowo-zasadowej. W tej strefie w treningu wykorzystuje się biegi interwałowe i biegi tempowe. Kształtuje się wytrzymałość specjalną-krótką.
Próg beztlenowy (anarobowy)- RCP (respiratory compensation point) to intensywność wysiłku po przekroczeniu, której dochodzi do szybkiego zmęczenia. Dzieje się tak w wyniku narastania stężenia metabolitów mięśniowych (zakwaszenia), których buforowanie jest niewystarczające. Wysiłki o intensywności podprogowej, w strefie mieszanej kształtują wytrzymałość biegową.
Strefa mieszana, jest to tzw. drugi zakres treningowy. To intensywność wysiłku, przy której utylizacja powstających w mięśniach metabolitów jest możliwa. Praca w tej strefie może być kontynuowana przez dłuższy okres czasu. Trening z taką intensywnością kształtuje ogólną wytrzymałość (wytrzymałość specjalną główną i długą). Środkami treningowymi są biegi ciągłe, crossy, biegi ciągłe zmienne
Próg tlenowy (LT): to intensywność wysiłku, po przekroczeniu której dochodzi do stopniowego włączania się w produkcji energii przemian beztlenowych (produkujących kwas mlekowy). Dzieje się tak ze względu na niewystarczającą ilość energii z przemian tlenowych.
Strefa tlenowa II: to intensywność wysiłku, która jest realizowana przy udziale tylko przemian tlenowych (metabolizmu tlenowego). Jest to intensywność służąca kształtowaniu wydolności tlenowej i uruchamianiu rezerw organizmu. Jest to tzw. pierwszy zakres treningu. Stosowanymi formami są długie wybiegania o stałej intensywności (metoda ciągła jednostajna lub zmienna).
Strefa tlenowa I (regeeneracyjna): to intensywność wysiłku, przy której energia czerpana jest w większości z przemian tłuszczowych. Długotrwałe wysiłki z tą intensywnością mocno przyczyniają się do pobudzania metabolizmu tłuszczowego
Beskidy niezmiennie kojarzą mi się z błotem i potem. Jeździłem po nich wielokrotnie na różnych imprezach i nigdy nie były to niedzielne przejażdżki po lasku.Rok przed Chudym biegałem po tych górach, mniej więcej po tych szlakach co Chudy Wawrzyniec w dwu dniowym biegu na orientacje, też nie było lekko ale o dziwo nie było tragicznie. Pomyślałem sobie o ja szalony, że może bieganie po Beskidach jest lepszą opcją niż rower i zapisałem się namówiony przez kolegę Tomka, wymiatacza biegów górskich na start w I edycji Chudego Wawrzyńca. Okazało się, że byłem jedynym tak samo szalonym jak on, który się zdecydował na ten bieg. Dlaczego szalonym ? Imprezę tworzył m.in. człowiek z napieraj.pl znany z ostrego zapierdalania po górach, do tego na starcie pojawiły się takie gwiazdy jak Piotrek Hercog i Marcin Świerc a oni byle gdzie nie latają. Oznaczać to mogło tylko jedno – będzie ogień.Ale wtedy jeszcze te przesłanki mi nic nie mówiły dopiero zaczynałem i to od niechcenia biegać, nadal mocno tkwiłem w świecie rowerowym i to był mój priorytet. Pomyślałem sobie – co tam bieganie co to za filozofia ? założę jakieś buty i przebiegnę ten skromny dystans 50 kilku km, dla mnie jeżdżącego w dystansach GIGA 50 km to był niemal dyshonor 😉Oj dostałem nauczkę 😉Byliśmy na miejscu dzień wcześniej, spanie było w sali gimnastycznej w lokalnej szkole. Start wyznaczono na godzinę 4:00, prognoza pogody zapowiadała się dobrze, miało być w miarę chłodno ale nie zimno i przelotny deszczyk. Czyli miód malina, ha ! Ok wstajemy szykujemy się na start i grupkami ustawiamy się pod autokary, które dowożą nas na start, humory dopisują delikatne rozciąganie i oczekiwanie na start. Przybijamy piątkę z kolegą włączamy czołówki i poszli go go go !Pierwsze km oczywiści po asfalcie ale może ze dwa km i ciach w las, biegnie się bardzo dobrze może nawet za dobrze bo za szybko.Pierwszy podbieg studzi prędkość, jakby ktoś jednak nie został ostudzony to zaczyna padać. No tak, zapowiadali przelotne deszcze pomyślałem, nawet fajnie taki drobny deszczyk. Tyle, że jak się potem okazało ten deszczyk przestał padać wieczorem… Jak wbiegliśmy na grań temperatura była bardzo niska, nie wiem ile 2 może 3 stopnie co w połączeniu z deszczem i wiatrem dawało mega mieszankę. Ja na dodatek miałem problemy jelitowe przez co schudłem na trasie pewno z 5 kg i zużyłem cały zapas papieru jaki miałem. Na domiar złego biegłem jak to napisałem na początku w „jakiś butach” niby do biegania po górach i miały gore tex WOW ! tylko, że dzięki temu nic nie dającemu w butach goretexowi były ciężkie jak słoń, do tego błoto przyklejało się do nich jak rzep do psiego ogona i nie chciało spadać. Czyli obrazek był mniej więcej taki, temperatura odczuwalna ok 0 stopni, wszystko mokre, słaba widoczność, buty uwalone błotem.Wpadłem na ostatni bufet totalnie przemarznięty, skostniały wręcz; chcąc coś zjeść i wypić ciepła herbatkę. O ile herbatkę jakoś sobie nalałem do kubka to z jedzeniem był problem gdyż miałem sztywne palce. Ale tak na amen, przypominały bardziej grabie z Tesco niż palce; nie miałem nad nimi żadnej kontroli, wysyłam im impuls z mózgu proszę zgiąć się i chwycić to pomarańczko i wsadzić mi do ust. No i niby jest wyprostowanie się przedramienia, dłoń kieruje się do rzeczonego soczystego owocu palce już go dotykają … ale coś jest nie tak. Niby widzę, że palce dotknęły tego kawałka pomarańczy bo się przesunął ale ja tego nie czuje ! Mało tego moje palce nie zginają się by chwycić, nie mogą są zamarznięte ! Chwytam więc dwoma rękoma owoc i próbuje jakoś dostarczyć tych kilka witamin do organizmu, jednak reszty nie jestem wstanie unieść, daktyle czy jakieś orzeszki przelatują mi przez palce a ja nic na to nie mogę poradzić. Polewanie herbatą tez nic nie dało nawet nie czułem, że jest gorąca.Pomyślałem, że w sumie zostało 11 km do mety bufet był na 39 trasa ma 50 km więc lecę dalej bo co tu będę siedział. Ale znów coś mi nie daje spokoju. Dlaczego dystans podawany jest jako 50+ skoro ma być 50 km ? No ale lecę jak orzeł jak wilk byle szybciej, byle się rozgrzać ale nie daje rady, jestem zesztywniały całkowicie, odliczam każdy km ba każde 100 metrów 45, 45 …49.49 a ja ciągle jestem na grani ! Już chyba wiem o co chodzi z tym cholernym plusem. Wpadam na punkt kontrolny na 50 tym kilometrze, gdzie rozchodziły się trasy 50+ i 80+My w dół a 80+ dalej w górę. Pytam ile do mety ludzie kochani, spoko już końcówka zaledwie 5 km.Końcówka ? tylko 5 km ? ja mam już bąble na bąblach na stopach słyszę jak pękają i rosną nowe a oni , że jeszcze kolejne cholerne 5 km w deszczu zimnie i znoju ? Spadając w błotnych rynnach nie liczyłem już niczego ani czasu, ani dystansu nie szukałem zabudowań, które powinny już zaraz się pokazać na horyzoncie. Zostałem pokonany przez Beskidy, przez pogodę przez własną niewiedzę. Jednak gdy w końcu przebiegłem mostek nad jakąś tam rzeczką i wpadłem na metę wiedziałem, że oto ukończyłem nie jakiś tam zwykły bieg ultra tylko, że tak musi wyglądać piekło gdy jego szef ma atak szału i, że skoro nadal stoję i serce mi bije to teraz kolejne ultrasy to bułka z masłem. profil trasy chudy wawrzyniec 50+ 2012
Cztery osoby jeden cel – Góry Forgalskie w Rumunii, kilkudniowy Trek kończący się na najwyższym szczycie Rumunii czyli Moldoveanu po drodze odwiedzając drogę Transfogarską.Nie bez atrakcji dotarliśmy do miejscowości Sybin, po drodze wpadliśmy chyba w tunel czaso – przestrzenny jadąc skrótem nocą przez jakieś góry. Zdawało nam się, że jechaliśmy tam cała noc choć wskazania licznika pokazywały ok 50 km … No cóż kraina Drakulii ma widać własne definicje fizyki.W Sybin, zrobiliśmy niezbędne zakupy i ostatecznie zdecydowaliśmy się jechać pociągiem kilka wiosek dalej by już tam zacząć wbijać się w góry. Rumunia… i każdy z nas ma już jakiś wizerunek biedy i zacofania. Ja też tak miałem ale wizerunek ów runął jak tylko wsiadłem do ich lokalnego pociągu – PKP natychmiast na szkolenia do Rumunii !!!Ok dojechaliśmy zdaje się gdzieś w pole z jednym budynkiem (dworcem ) wielkości budy psa Szarika i ruszyliśmy do wioski Turnu Rosu i tam już zaczyna się szlak górski. Początkowo góry te przypominały bardziej Bieszczady, jeszcze było dość nisko ale już pięknie i nikogo na szlaku. Na noc rozbiliśmy namioty i rozpaliliśmy ognisko planując dalszą drogę na kolejny dzień.Kolejne dni wspinaliśmy się coraz wyżej i krajobraz bardzo przypominał już nasze Tatry, szliśmy granią raz śpiąc w namiotach raz w wybudowanych z płyty obornickiej szałasach z łóżkami. Całkowicie za darmo, mało tego miały prąd był w razie czego wezwać pomoc przez radiostację. Szok dla nas przyzwyczajonych do samych zakazów i drogich schronisk/hoteli w Tatrach.Ostatecznie doszliśmy do Drogi Transfogarskiej tu już było sporo ludzi, turystów sklepików, straganów, płatnych miejsc do rozbicia namiotu bo polem tego nazwać nie można, płatne kibelki i cały ten szajs. Byliśmy tam jeden dzień i szybko uciekliśmy dalej i wyżej w góry ku naszemu celowi Moldoveanu.Po drodze byliśmy jeszcze w schronisku Cabana Podragu, tam mieliśmy ostatni nocleg (można rozbić namiot za schroniskiem). Ciekawostką tego miejsca jest stos puszek za schroniskiem, tak wysoki że przesłaniał schronisko. Oni chyba nie wywożą tego czekają, aż zardzewieje i zniknie.Ostatni dzień był najtrudniejszy, raz że pogoda się załamywała dwa że mieliśmy dużo bardzo dużo km do przejścia. Trasa jaką wybraliśmy kończył się na Moldoveanu i tam schodziliśmy z gór aż do pociągu chyb w miejscowości Victoria albo i dalej co dawało jakieś 40 km do przejścia z namiotami i całym bajzlem.Szło się dość długo, po drodze na szczęście udało mi się złapać stopa więc ostatecznie nie było tak źle. Ale minusem tej trasy jest własnie problem z ostatnim etapem – długie zejście. Generalnie piękne góry, strach mieliśmy trochę nie tyle przed niedźwiedziami które tam są co przed watahami bezdomnych pasterskich psów. To są grupy kilkudziesięciu wygłodniałych dzikusów trzeba uważać i być przygotowanym na taką ewentualność.
czy macie już zaplanowane wakacje ? Jeśli nie to mam propozycję – Teneryfa !Łatwo i tanio można się tam dostać a na miejscu jest piękny wulkan będący jednocześnie najwyższym szczytem Hiszpanii. Proponuję Wam bieg na szczyt tego wulkanu. Na zachętę zdjęcia z mojego biegu wraz z trasą – pamiętajcie by się zaaklimatyzować i załatwić wcześniej pozwolenie wejścia na szczyt, załatwia się to przez internet – pozwolenie wejścia na szczyt el teideNa tej stronie znajdziecie też link do mapek ze szlakami – szlaki na el teide ja biegłem trasą nr 7Co do aklimatyzacji – ja zrobiłem tak, że na szczycie byłem dwa dni wcześniej przed biegiem, jest pewien myk by załatwić sobie pozwolenie (normalnie można wejść raz). Podczas rezerwacji terminu wejścia na szczyt el Teide raz podajecie dane z dowodu osobistego a raz z paszportu i dzięki temu macie dwa pozwolenia 🙂 Pamiętajcie, że trzeba mieć wydrukowane pozwolenie i dany dokument tj. paszport lub dowód osobisty ze sobą.Bez aklimatyzacji osobiście bym nie wbiegał, nie dałbym rady – pamiętajmy, że 3000 m to pierwszy próg choroby wysokościowej, nie ma żartów.Na szczycie widoki są takie 🙂A co poza tym na Teneryfie ? Jest tam pięknie, terenów do biegania jest cała masa. Cały park el Teide nadaje się do tego wyśmienicie. No i można też po prostu tam restować 🙂
Propozycja na delikatny krótki (12 km ) rozbieg na dziś to pętla wokół j. Lusowskiego.Można biec tak jak prowadzi droga leśna do Ottowa i dalej na koniec jeziora i wracać ścieżką do Lusowa lub biec bardziej crossowo wzdłuż samej linii brzegowej co oczywiście polecamTrasa jest płaska ale ciekawa w sam raz na bieg regeneracyjny.
Małe Himalaje – tak mówi się o tym zakątku Świata. Może i małe ale ściany mają tu od podstawy lodowca po 2500 metrów nie wiem czy w Himalajach są dłuższe drogi…To tu wiele ekip ćwiczy przed Himalajami, to tu mamy jeden z większych lodowców ciągnący się 14 km a wzdłuż niego ścianę szczytów po 5 tysięcy. Jest tam pięknie ! Rejon na kilka tygodni eksploracji – są tam trzy doliny; najbardziej oblegana jest oczywiście ta wzdłuż muru reszta jest dość dzika i tam jak nam coś się stanie to przysłowiowa kapa. O czym przekonali się dwaj białorusini, którzy dość nierozważnie się zachowywali próbując wejść drogą lodową na jeden z pięciotysięczników. Jeden zmarł drugi stracił nogę. Akcja ratownicza w tych górach jest nieco inna niż to do czego przywykliśmy choćby w Alpach, nie ma śmigła – jest ale w gestii wojska a w Rosji nie załatwi się nic bez papierków i zgód a to trwa, zresztą śmigłowiec nie ma przyrządów do nawigacji bez widoczności. Zatem akcja ratunkowa polega na pospolitym ruszeniu ratowników z bazy i wspinaczy, w tym konkretnym przypadku zajęło to dwa dni. Tak więc trzeba być czujnym i myśleć najlepsze ubezpieczenie w niczym nie pomoże.Sama wyprawa tym razem była prawdziwą wyprawą gdyż jechaliśmy pociągami co zajęło 3 dni zdaje się 🙂 Najpierw do Lwowa tam byliśmy cały dzień więc zwiedziliśmy miasto, następnie do Kijowa na cały dzień i ostatecznie wylądowaliśmy na Kaukazie, gdzie najpierw trzeba było załatwić permity z kluby wysokogórskiego bo bez tego nie wpuszczą do Bezingi i dalej łazikiem w góry. Jazda autem też dostarczała atrakcji 🙂 Suma sumarum dotarliśmy do bazy a najpierw do punktu kontrolnego gdzie musieliśmy dać pozwolenia i dokumenty, dziwna miejscówka ten punkt kontrolny bo wkoło jak okiem sięgnąć rosła marihuana aż po horyzont 🙂
Pewnego wietrznego i zimnego dnia podczas treningu rowerowego zadzwonił telefon a głos w słuchawce spytał:„Tomek jedziemy na Matta ? ”Aż zatrzymałem rower 🙂 Tak to był szalony pomysł i mógł się udać…. Kilka miesięcy później plan był gotowy. Zakładał on aklimatyzację w rejonie Monte Rosa a następnie przejazd do Szwajcarii i atak Matternhorna drogą Hörnli. Niby najłatwiejsza co nie oznacza drogi łatwej. Podstawowa trudność to długość drogi są oczywiście też takie elementy które wymagają delikatnej wspinaczki oraz masa, masa zjazdów na linie. Zatem trzeba być bardzo dobrze przygotowanym fizycznie na 12-14 godzin ciągłej wspinaczki oraz mieć do perfekcji opanowane zjazdy na linie. Po prostu trzeba ostro gonić ze wszystkim. Do tego stopnia, że może zabraknąć czasu na napicie się.Jak wbiliśmy się do Zermatt zauważyłem Matternhorma pierwszy raz – jest wspaniały, wiem że oklepany przez czekoladki Toblerone. Ale maruderów odsyłam pod tą górę i po prostu ich powali ten widok. Im bliżej góry tym to wrażenie się pogłębiało, byłem jak w amoku, nie mogłem uwierzyć że jestem tu tak blisko góry o której marzyłem od dziecka. Do tego stopnia byłem zamroczony, że nawet zbyt mocno nie bolało mnie to, że musieliśmy zapłacić majątek za kolejkę z Zermatt na przełęcz 170 PLN !!! To najdroższa kolejka jaką jechałem i niech tak zostanie nie mam zamiaru tego rekordu pobijać 🙂 Ale warto kupić bilet droga jest długa, nudna i wyciąga siły które przydadzą Wam się na atak.Spaliśmy na polu namiotowym i tu uwaga – woda do picia kapie z jednego miejsca, tak kapie – trzeba czekać trochę na napełnienie :/ do tego szybko i na długo zamarzano pole jest w cieniu szczytu. Druga uwaga jest taka by czekać na ekipy z przewodnikami i iść krok w krok za nimi – patrzeć gdzie są klamy bez tego małe szanse na wejście i zejście tego samego dnia. Iść maksymalnie lekko i grzać ile sił odpoczywać będziecie w bazie po powrocie. Powodzenia !
Ta pompka zasługuje na własny osobny wpis. To jedna z tych rzeczy, które kupujesz i zapominasz po prostu działa i myśli już nie są zaprzątane szukaniem innej.Podstawowe dane:
zawór presta
waga 84 GRAM !!!!
max ciśnienie 160 psi co daje jakieś 11 bar
w nazwie mamy 2stage co w tym przypadku oznacza, że mamy przełącznik dzięki któremu jak już ciśnienie w oponie jest na tyle duże, że utrudnia pompowanie przełączamy na LOW i pompujemy delikatnie bez wysiłku dalej aż nam opona pęknie 🙂Minusem może być brak manometru ale jak ktoś ma doświadczenie wie ile mu powietrza w kołach potrzeba.Dla mnie jedna z tych rzeczy które należy mieć
Ruszamy z Poznania autkiem w 4 osoby, na szczęście autko pakowne Renault Kangoo wygodna bestia 🙂 Jeszcze nie było A2 do Niemiec musieliśmy tłuc się polskimi tak zwanymi drogami ale wystarczyło minąć granice by jak za dotknięciem różdżki dziury zamieniły się w aksamitny asfalt i tak aż do mety w Alpach.Rozbijamy namiot browarek i sen rano ruszamy.Rano najpierw kolejką potem tramwajem i dalej już witają nas piargi. Cóż za widok ściana granitu z lodowcem w roli głównej. Docieramy powoli do pierwszego obozu tam rozbijamy namiot wyżej już nie bierzemy namiotu mamy zarezerwowane schronisko. Zresztą oficjalnie wyżej jest zakaz o czym informują nas strażnicy.Ranek słoneczny 🙂 Jest mały zonk bo dziś ostatni dzień pogody już wiemy że będziemy kiblować w Goutierze pytanie tylko jak długo. Długo 3 dni ! z nudów nawet kupowaliśmy u nich jedzenie co nadszarpnęło straszliwie budżety 🙂 Z ciekawostek w schronie jesteśmy chyba w 8 osób 🙂 Na dworze wiło ponad 100 km/h i była burza śnieżna. W końcu kolejnego ranga nastała cisza i na niebie był tylko błękit – szybka konsultacja jaka ma być pogoda czy jest lawiniasto i decyzja IDZIEMY !Problem jest taki że gotowi jesteśmy o 8 rano normalnie wychodzi się o 5 nic to będzie dobrze.Zrobiłem wielki błąd – ubrałem się za ciepło i nie zabrałem plecaka na tyle dużego by mieć gdzie wrzucić ciuchy. No i przegrzałem się co w moim przypadku doprowadza do zmęczenia. Na szczyt wchodzimy sami, nie jest to częste bo na Blanca walą normalnie tłumy a my mieliśmy go tylko dla siebie ! Niesamowite.Droga powrotna dobijała mnie coraz mocniej, zmęczenie osiągnęło chyba apogeum, wystarczyło zbyt mocne szarpnięcie lina przez koleżankę bym stracił równowagę i po chwili już sunąłem w dół hamując czekanem w międzyczasie podcinając kolejne osoby druga trzecią czwartą .. Na szczęście dziabki nas hamują idziemy dalej.Pod wieczór docieramy do schroniska a tam tłumy ludzi cała masa na schodach stołach krzesłach pod nimi wszędzie. 3 dni czekali na dole na okno pogodowe które własnie się pojawiło …Noc była tłoczna spałem chyba na ławce w kuchni ale byłem tak zmarnowany że nie robiło mi to różnicy.Przed 5 rano przemiła Francuzka obudziła całe schronisko wywalając wszystkich w ciągu kwadransa nie było nikogo wszyscy byli już w drodze na pik 🙂 A my do łózek.Rano zejście aż na sam dół na pole namiotowe. Zakupu bagietka śmierdzący ser i wino, w końcu Francja i oczywiście ciepła kąpiel pod prysznicem
Ordessa i Monte Perdido Park Narodowy PirenejePierwsza moja wizyta w Pirenejach.Start Samolotem do Girony tam biorę auto odpalam navi w komórce i grzeje do miejscowości Sabinaningo gdzie czeka na mnie znajomy z którym mam iść na Monte Perdido. Trasa banalna połykam kolejne połacie gładkiego asfaltu aż na 70 km przed meta navi nakazuje mi skręcić w prawo mómi, że widzę znaki 70 km do przodu nie w prawo decyduje się na skręt w nieznane. No trasa piękna malownicza a w połowie drogi na górskim pustkowiu navi oznajmia mi “dotarłes do celu” LOL No jak Qr..a jakim celu jestem w dupie co prawda ładnie tu ale co dalej. W końcu przebijam Park Sierra y Canones de Guara i ląduję w wiosce na która nakierowała mnie moja navi 🙂 I zaczyna się jazda 🙂 Okazało się że zabudowa jest raczej średniowieczna – wąskie strome uliczki z kostki brukowej szersze o całe 5 mm od szerokości mojego autka a skręty są 90-cio stopniowe i pod górę. Dobra tam, daje pokaz lokalsom jak się jeździ po czymś takim i ostatecznie udaje mi się wyjechać z tych uliczek choć miałem chwile zwątpienia. Pod wieczór docieram do znajomego na camping – winko kolacja spanie.Rano zakupu ale oczywiście ich rano to nasze przedpołudnie, sklepy zamknięte przez co na szlaku lądujemy dopiero ok 13 co będzie miało swoje dalsze konsekwencje 😉Plan jest taki, że chcemy wejść na Monte Perdido od północy by być po aklimatyzacji i rozchodzeniu. Robimy kółko: kierunek La Brecha de Rolando tam przechodzimy do Francji schodzimy na sam dół by znów wbijać się w górę docelowo dojść do schronu tucarroya tam zrobić resta i przyatakować pik i zejść kanionem do auta.Czy wspominałem, że praktycznie nie ma oznakowań szlaków ? Nie ? No to oznajmiam że nie ma oznakowań. Na początku od parkingu są spoko im wyżej tym jest ich mniej mniej aż znikają i pojawiają się kopczyki ale za to w takiej qrna ilości że nie wiesz czego więcej kamieni czy kopczyków i co one wskazują. Na razie idziemy przez las potem wbijamy się w ścianę po jakiś prętach trzymając się liny stalowej po jej przejściu lądujemy pod wodospadem wspinamy się wzdłuż wodospadu na którego szczycie jest dolinka i tam zaczynają się problemy z lokalizacją trasy. Mapa pokazuje prosto potem w lewo pod górę etc.. ale zaczynamy błądzić. Zeszło nam trochę, w desperacji próbowałem przejść rzeczkę – mrożący ból rozrywający moja kość piszczelową czuję do dziś.Nic to znalazłem szlak w końcu teraz tylko zawołać towarzysza wyprawy który z tego miejsca był nie większy od atomu błądzący za kopczykami. W końcu idziemy razem po ścieżce która ma zaprowadzić nas w ostateczności do Brechy. Zaczyna się śniegi i kończy dzień. Przez to że sklepy były rano pozamykane wyszliśmy za późno na szlak potem błądzenie no i nie było mowy byśmy doszli do schroniska które było po stronie francuskiej. Decyzja śpimy tu, każdy szykuje sobie miejsce noclegu zaopatrzeni w karimaty i śpiwory kładziemy się na granicy ziemi i śniegu. Zachód słońca przynosi mroźne powietrze i szybki sen.Rano ruszamy dalej ten dzień będzie długi ostatecznie wyszło że 14 godzin. Docieramy pod schronisko espuguettes refugio, pod nim jest schron w którym można spać za free oczywiście wybieramy ta opcję. Rudera jest straszna ale jest nawet materac 🙂 No i myszy setki myszy latające nawet po twarzy hehe było wesoło na szczęście prowiantu nam nie zjadły.Rano kąpiel w strumieniu śniadanko i w drogę przed nami schron Tuccaroya. podejście pod schron szczerze to mnie sponiewierało strasznie. Docieramy tam na koniec dnia – są w nim już inni ale znajdujemy dwa miejsca na pryczy. Siedzimy tam cały kolejny dzień nudząc się jak mopsy za atrakcję służy nam topienie śniegu i patrzenie na masyw Monte Perdido – piękny widok.Kolejny ranek schodzimy, nie obyło się bez raków bo naprawdę oblodzone było zejście. Idziemy w kierunku El Cilindro potem trzeba zejść do stawu a tam już tłumy, które wybrały drogę od schroniska Goritz. Ta droga jest popularniejsza. Ze zdziwieniem obserwujemy, że ludzie wiążą się lina i zakładają raki i wszyscy idą z czekanami. Strona południowa, Słońce na maxa temp jakieś 25 stopni śnieg mokry a wejście banalne rowerem można by pewno tam latem wjechać. No nic zakładamy też raki które okazuję się raczej przeszkadzać. Meldujemy się na szczycie – najwyższy wapienny szczyt Europy. Pod nami w całej okazałości kanion Ordessy niebawem będziemy szli tamtędy. Jednak najpierw kąpiel i kolacja w schronisku Goritz.Niestety nie ma opcji kupienia ot tak sobie ciepłego posiłku o dowolnej porze, są wyznaczone godziny posiłków. 19 :00 na ta godzinę przewidziana jest kolacja no ok to czekamy następny posiłek już w PL.Wracamy doliną do autka, zapada zmrok ostatnie kilometry idziemy z czołówkami pod autem jesteśmy chyba ok północy decydujemy się na spanie na parkingu. Rozkładamy karimaty na trawniku i nurkujemy w swoich śpiworach. Rano wyruszamy w drogę powrotną, jedziemy do Sarragosy tam odstawiam znajomego a sam jadę do Girony.Adios ! Jeszcze tu wrócę