Baton energetyczny na biegowe wycieczki

0
Bieganie to frajda. Dlaczego więc nie sprawić sobie dodatkowej ? Proponuję zrobić samodzielnie batony energetyczne na spacerek biegowy. Oczywiście można iść i kupić ale to nie to samo 😉 Raz, że gdy robimy to samodzielnie to my decydujemy z czego ma być zrobiony i dajemy to co lubimy dwa sama świadomość, że się je samodzielnie zrobiło daje dodatkowego kopa na biegu.Zatem poniżej to tylko propozycja składników – eksperymentujcie !Czas potrzebny na całość to ok 30 minutMoje składniki:3/4 szklanki nerkowców3/4 szklanki migdałówszklanka mąki jaglanejszklanka daktyli1/2 szklani wiórków kokosowychszklanka amarantusa ekspandowanego2 banany1 mango1/2 szklanka chiapo łyżeczce: sody, proszku do pieczenia, cynamony i gałki muszkatołowej.Sposób wykonania:daktyle zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na kilka minut by były miękkieOdcedzamy, wrzucamy do pojemnika gdzi ebędziemy miksować je na gładką masę wraz z bananem i mango.Do gładkiej masy dodajemy resztę składników ale orzechy mielimy na drobnoWszystko razem mieszamy do połączenia skłądników i przekładamy do pojemnika, który wsadzamy do pieca nagrzanego na 180 stopni. Wcześniej można ponacinać ciasto.Pieczemy ok 20 minut – aż skórka się zarumieni. Wychodzi 18 batonów.Gotowe. Smacznego

Bieg Ultra Granią Tatr 2019

0
Tatry strasznie niszczą i są mega twarde.To zupełnie inne bieganie niż w innych naszych górach. Nie wystarczy znajomość trasy i przygotowanie. Ważny jest każdy szczegół. Od odpowiednich butów, diety, samopoczucia, doświadczenia, złapania rytmu biegu i tak dale i tak dalej. Każdy błąd natychmiast zostaje wyłapany a kara jest dotkliwa. Przekonali się o tym w tym roku tacy zawodnicy jak Przemek Sobczyk, który wycofał się już na Ornaku, czy Łukasz Zdanowski, który przegrał walkę na zbiegu z Krzyżnego czy choćby Kamil Leśniak tracąc pierwsze miejsce na ostatnim odcinku. Za mocno zaczniesz to końcówka Cię zmasakruje, za słabo zrobią to rywale. Nie dostosujesz jedzenia to padniesz na trasie z drgawkami. Tak wygląda ściganie na trasie Bieg Ultra Granią Tatr.Samo dostanie się na bieg też nie jest proste, oczywiście jest losowanie, oczywiście jest selekcja i trzeba przebiec odpowiednie inne trudne zawody a na dodatek zawody są raz na dwa lata. O tym biegu myślałem już 4 lata temu ale wiedziałem, że za cieńki jestem na to więc pomagałem jako wolontariusz. Dwa lata później zostałem wylosowany na CCC zatem znów Tatry mnie ominęły. W końcu za trzecim podejściem się udało.Trasa zaczyna się przy bramkach wejściowych na Dolinę Chochołowską a kończy w Kuźnicach 70 km dalej a w pionie mamy 5 km. Podzieliłem ją na 4 etapy. Pierwszy najmniej biegowy odcinek to część od startu do Schroniska Ornak, który jest jednocześnie pierwszym bufetem. Długość tego odcinka to 26 km i ponad 1600 m przewyższenia z 4 mocnymi podejściami:
  • Grześ
  • Małołączniak
  • Jarząbczy
  • Starorobociański
oraz masą technicznych zbiegów z najdłuższym i najcięższym z Oranaków do schroniska.Poza tymi trudnościami dochodzi brak źródeł wody – na ten odcinek trzeba mieć 1 do 1,5 litraNa bufecie mamy poza standardem bułki z żółtym serem.Etap 2 – odcinek od schroniska Ornak do schroniska Murowaniec, który jest drugim bufetem.16 km, 1750 m+ najbardziej biegowy odcinek. Zaczyna się ostro bo 6 km podejścia 1 km w pionie na szczyt Ciemniaka ale potem to już bajkowa grań Czerwonych Wierchów. Tu też brakuje picia ale można to zrobić na 1 litrze. Na koniec mamy podejście pod Kasprowy Wierch i techniczny długi 3 km zbieg do Murowańca (po kilometrze zbiegu na zakręcie można zatankować wodę). Na bufecie zamiast bułek czeka ciepła pomidorówka z ryżem.Etap 3 – Murowaniec do Wodogrzmotów Mickiewicza13 km 1650 + znów mało biegania bo tu czeka na nas przeprawa przez Krzyżne, długie monotonne podejście pod samą przełęcz, wdrapanie się na nią dość stromo i następnie niebiegowe zejście gdzie należy być bardzo czujnym. Lekki odpoczynek przy 5 stawach gdzie obsługa schroniska wystawiła dziki bufet z zimnym piwem i wodą – dzięki ! Od schroniska zbieg w początkowym etapie wymagający a na dodatek sporo tam turystów. Cały czas biegnie się po kamieniach aż do asfaltu na drodze do Morskiego Oka. Tam też jest ostatni bufet ofertujący tylko napoje.Etap 4 – Wodogrzmoty Kuźnice15 km 1200 +Tak, to ma 1200 m w pionie choć większość w tym ja uważa, ten odcinek za biegowy i prosty. Nie jest to łatwy odcinek ! Tym bardziej, że w nogach ma się ponad 55 km ciężkiej orki a podłoże tego odcinka masakruje – masa kamieni. Są dwa podejścia. Od razu po zejściu z asfaltu bardzo długie wspinanie oraz kolejny na szczęście krótszy odcinek w rejonie Kopieńca.Jak przygotować się do tego Biegu Ultra Granią Tatr ?Doświadczenie w bieganiu po Tatrach. Po poprzednich zawodach nawet setkach w alpach nie odczuwałem bólu mięśni tak jak po tych. Chodzi też o złapanie swojego rytmu biegu by nie zrywać się bo ktoś nas przegonił czy nie polecieć za szybko na zbiegu. Niby oczywiste ale o ile w Beskidach taki styl po prostu bardziej nas zmęczy to Tatry wycisną z nas każdy ułamek energii nie zostawiając nic i mamy bombę.Długie wybiegania wplecione w treningi. Ja robiłem max 25-27 km raz w tygodniu to za mało wg mnie. 35 byłoby chyba ok.Znajomość trasy, przekłada się na wiedzę jak dany odcinek biec. Biec czy się oszczędzać i kiedy. Ile wody potrzeba, ile jedzenia. Ja zrobiłem rekonesans trasy ok 3 tygodnie wcześniej i bardzo mi to pomogło. Nasz rekonesans był rozłożony na 3 dni. Start – schronisko Ornak, schronisko Orrnak – schronisko Roztoka oraz schronisko Roztoka – Kuźnice. Polecam.
Sprzęt. Sporo osób biegało i chwaliło sobie Hoki z uwagi na amortyzację i trzymanie na skale zarowno suchej jak i mokrej. Błota, którego nie lubią jest mało. Ja biegłem w Columbiach Trans Alp i też nie mam uwag, były gleby ale jak trafiłem na bardzo śliski kamień (zbieg do schroniska Ornak był usłany takimi kamieniami, zawodnicy mieli tu piekne loty). Ale, np Łukasz Zdanowski biegł w asfaltowych nike i zanim żołądek go wykończył na 48 km był zdaje się na 5 pozycji 🙂 Zatem albo technika i lecisz w czymkolwiek albo wspomagasz się specjalistycznym sprzętem.
foto: Timelapse Factory
foto: Timelapse Factory
Moje odczucia po biegu.Ciesze się, że jednak pobiegłem choć do samego końca nie byłem pewny. Kontuzja stopy ciągnęła się już miesiąc i przez ten czas w zasadzie nie trenowałem. Zrobiłem może 2-3 treningi by na drugi dzień kuleć. Tydzień przed startem włączyłem zabiegi na laserze i ultradźwiękach plus dostałem tabletki. Ból się zmniejszył jednak kondycja już się roztrenowała. Wiedziałem, że nie pobiegnę szybko. Jako start w zawodach sensu to nie miało ale czekałem na ten bieg kilka ładnych lat zatem walczyłem z myślami i ostatecznie postanowiłem podjąć rękawice – zawsze można z trasy zejść jak będzie bardzo źle.Postanowiłem pierwszy odcinek pobiec bardzo rekreacyjnie i skupić się na prawidłowym odżywianiu i nawadnianiu bo z tym w ostatnich zawodach miałem poważne problemy. Przygotowałem sobie własny prowiant całkowicie eleminując żele i batony ze sklepu. Mój baton był z amarantusa, mango, kokosu, orzechów nerkowca, daktyli i wchodził idealnie. Skończył mi się niestety na zbiegu z 5 stawów stąd moje dalsze problemy 🙂 Drugi odcinek bieglem już szybciej, samo podejście z Ornaka poszło gładko mimo, że to aż 6 km wspinania a na grani biegłem lekko aż do Murowańca. Cudnie zbiegało się z Kasprowego, uwielbiam ten odcinek ! Krzyżne i dalej przez „piątkę” do asfaltu też mogę zaliczyć do dobrego odcinka. Rozpędzałem się cały czas, pokonując sporo zawodników. W zasadzie mogę uznać cały ten odcinek zaudany aż do asfaltu. Tam energia się wyczerpała a nie było skąd jej uzupełnić i co zyskałem na tym odcinku straciłem. Bywa. Jednak ukończyłem, pogoda dopisała, kibice dopisali i to się liczy.
foto: Timelapse Factory
foto: Timelapse Factory
W pamięci na pewno zostanie ślad po cudownej trasie. Trafilismy idealnie z pogodą ! Rano było dość chłodno, na grani mogło być nie więcej jak 3-4 stopnie a w ciągu dnia około 15 plus słoneczko 🙂 Wschód Słońca był genialny ! Akurat podczas wschodu byłem na odcinku na Wołowiec. Cudo ! I jeszcze księżyc przed nami. Sama trasa wspaniała a dodatkowe trudności to tylko dwa bufety. Idealnie by było dodać trzeci na 5 stawach no ale wtedy to byłby zupełnie inny bieg. Kibice na niemal całej trasie, wszyscy nas dopingowali a przy bufetach doping jak na finałach mistrzostw Świata. Taki doping znałem wcześniej tylko z włoskich tras.Organizacja imprezy. Oznaczenie trasy bez zastrzerzeń, wolontariusze na trasie tam gdzie być powinni. Bufety z różnorodnym jedzeniem plus żele i batony. Kilka drobnych rzeczy, których mi brakowało to brak toi toi, na punktach i na mecie, brak piwa na mecie 🙂 i był problem z bluzami dla finiszerów. Były 3 rodzaje jedna czarna rozpinana i dwie bez zamka w różnych kolorach na trzy godziny przed końcem już brakowało rozmiarów i trzeba było brać co zostało. Sam termin zawodów też chyba do przemyślania – w Zakopcu w tym czasie były 3 różne imprezy, przejazd 5 km zajmował godzinę. Nie marudzę więcej 🙂 Bylo spoko.Międzyczasy:Ornak: 4:56 miejsce 199Murowaniec: 8:33 miejsce 167Wodogrzmoty: 12:00 miejsce 148Meta:15:05 miejsce 170  

Kijki biegowe Leki Micro Trail Pro

Firma LEKI powstała w 1948 r Niemczech to potentat w produkcji róznego rodzaju kijków. Moje pierwsze kijki trekkingowe były właśnie tej firmy. Doceniałem je za niezawodność i trwałość. W świecie biegowym także mają wysoką pozycję, choć w Polsce częściaj widzimy produkty innych marek. Czy warto zainteresować się kijkami Leki Micro Trail Pro ?Miałem okazję pobiegać z nimi po Tatrch i szczerze polecam.Nie są najlżejsze z kijków karbonowych, bez większych problemów znajdziecie kije o 100, 150 g lżejsze. Dlaczego Leki są cięższe ? Powodów jest kilka:
  1. łączenia są wykonane z tytanu co powoduje troche większą wagę ale zyskujemy na sztywności i trwałości. W tym miejscu kijki lubia się łamać
  2. linka jest w dodatkowej osłonie, wygląda to na gumę ale nie jestem pewien. To powoduje, że linka nie obciera nam kijków.
  3. Większa średnica kijków. Znów waga w minimalnie w górę ale dzięki temu nie ma opcji wyginania się kijków.
Najbardziej wyróżniającym się elementem tych kijków jest brak paska przy rękojeści. Zastąpiono go opaską zakładaną na dłonie. Opaski są dedykowane na lewą i prawą dłoń i faktycznie, można założyć prawa na lewą ale mnie obtarła. Gdy założyłem tak jak trzeba problemu nie było. Na opasce jest przyszyte „uszko”, które wpina się w rękojeść dzięki temu nie ma potrzeby trzymania rękojeści co jest super rozwiązaniem przy schodzeniu – po prostu wypuszczam kije do przodu nie trzymając ich a opieram się na samym zatrzepie. Uszko i zatrzep są bardzo mocne – bez trzymania uchwytu można swobodnie na nich zawisnąć.  Tak samo przy podchodzeniu gdy odpychamy się kijek można swobodnie puścić rękojeść i pociągnąć kijek mocowaniem. W obu przypadkach zatem nie ma tego nienaturalnego wyginania nadgarstka. Super rozwiązanie !No ok ale co z wypinaniem skoro zatrzep trzyma mocno ? Banalnie prosto ! Na rękojeści umieszczony jest przycisk. Wystarczy go nacisnąć kciukiem co robi się bez specjalnej nauki. Zacze się zwalnia a my wyciągamy dłoń z opaską. Działa to bardzo płynnie i nie wymaga siły. Podczas biegu bez zwracania na to uwagi wpinałem i wypinałem kijki w razie potrzeby.Sama rękojeść jest wykonana z naturalnego korka co ma poprawić chwyt i jest przedłużona. Tu jeden mały zgrzyt zauważyłem. Mając założoną opaskę na dłoni chwyt nie jest pewny, ręka lubi się ślizgać.Minusy ? Cena 🙂 Ale jak komuś cena nie robi różnicy to brać !

Mi Band 4 test

Postanowiłem sprawdzić jak sobie radzi opaska sportowa Mi Band 4 z funkcjami sportowymi i czy do czegoś to się nadaje. Do kogo ten produkt jest adresowany ?W czerwcu tego roku Xiaomi wypuścił na rynek nową wersję opaski. Poniżej porównanie mi band 3 z mi band 4
Ekranczarno-biały OLED 0,78 cala 128 x 80 px tworzywo sztucznekolorowy AMOLED 0,95 cala 120 x 240 px szkło hartowane 2,5D z powłoką antyodciskową
Wagaok. 20 g z opaską22,1 g
Bateria110 mAh135 mAh
BluetoothBluetooth 4.2Bluetooth 5.0
sterowanie muzykąbraktak
Czujniki3-osiowy akcelerometr czujnik tętna PPG3-osiowy akcelerometr 3-osiowy żyroskop czujnik tętna PPG czujnik założenia opaski
Opaskę testowałem na takich aktywnościach jak spacer, bieganie, rower, siłownia współpracowała z telefonem iphone7.Mi band 4 kupiłem w Chinach z opcją wysyłki z Hiszpani – nieco drożej ale zyskujemy na szybszym dostarczeniu paczki oraz braku ewentualnego cła. Paczka doszła w 10 dni.Mimo opisu, że obsługuje język polski – nie obsługuje. Ponoć ma być aktualizacja pod koniec mieciąca lipca i wtedy ma być język polski. Na chwilę obecną możn abez większych problemów zmienic na wersję angielską. O ile w systemie android wystarczy wgrać odpowiednią darmową aplikację Notify & Fitness for Mi Band.  i zmienic w ustawieniach język to w ios nie ma tak łatwo – apka jest ale płatna. Jednak wystarczy zmienić język w telefonie na angielski by opaska też zaczęła komunikować się z nami w tym języku.Mnie interesowała tylko kwestia czy mi band można wykorzystać do treningów czy nie zatem nie będę tu opisywał wszystkich funkcji wymienię tyle te, które przypadły mi do gustu a te są dwie więc będzie szybko.Pierwsza to możliwośc sterowania aplikacją muzyczną telefonu a takżę apek typu Tidal czy Spotify no i na iphonie działa to bardzo dobrze. Czytałem, że na androidzie w niektórych telefonach pojawia się napis „wait a sec” 🙂 ale lagi nie są długie.Druga opcja jaka mi się spodobała to „znajdź mój telefon”.Niepostrzeżenie spadł Ci telefon za łóżko i sukasz go od godziny ? Dzięki tej funkcji zlokalizujesz go od razu – klikasz i telefon zaczyna dzwonić alarmem 🙂Ok o więcej info o opasce odsyłam do googla.Sport w mi band 4Tu jedna uwaga, soft opaski na pewno ni ebył projektowany przez UXowca i trzeba przywyknąć do jego topornej obsługi.Np. jest opcja treningi i np wybrałem bieganie, klikam bieg akceptuje jakiś nieczytelny mały text zaczyna się odliczanie 3,2,1 no i lecę. Zrobiłem 18 km a opaska pokazała 11,64 km. WTF ?Okazuje się, że to co potwierdziłem to była informacja, że opaska nie złapała GMSa z zegarka. Sądziłem, że wystarczy aktywny bluetooth w telefonie i połącznie z opaską by pobierała sygnał GPS. Nic z tych rzeczy, należy jeszcze odpalić aplikację i poczekać aż na opasce pojawi się komunikat, że takie połączenie jest. Kolejny trening tak zrobiłem i błąd zaledwie 300 m na 12 km więc spoko.Co na plus:liczenie kalorii i dystansu z minimalnym błędemtętno pobierane z nadgarstka nie wykazuje jakiś dziwnych pomiarów jest w miarę płynne i adekwatne do wysiłku, pokrywa się z większym tempem czy podbiegiem pod górkę. Drogie zegarki sportowe mają z tym problemwodoszczelność taka, że można z nim pływaćpoprawiony żyroskop – w wersji mi band 2 potrafił liczyć kroki podczas snu 🙂 Tu tego nie ma. krok a właściwie ruch ręką liczony jest poprawnie no chyba, że idziemy bez machania ręką wtedy nie policzy 🙂forma pokazania danych z treningu – to też na plus. Co na minus:ekran mimo, że jasny na Słońcu i tak nie daje rady do tego jest mały, w pochmurny dzień jest lepiej. Trzeba się zatrzymać by coś zobaczyć zatem na trening nie nadaje się bo jak robić tu przebieżki, interwały czy cokolwiek na dany czas czy odcinek ? Nie widać też przewyższeń. Dla kogo ?Nie dla sportowca który ma plany treningowe i potrzebuje odczytu danych w czasie rzeczywistym. Jest to gadżet, który może zmotywować do ruszania się – np.: ma opcję przypominania nam byśmy się ruszyli bo np siedzimy godzinę przy kompie. Ładnie pokazuje dane z aktywności, jest ładnie, kolorowo to może zachęcić do dalszych aktywnych godzin a docelowo może wejdzie to nam w nawyk i przypominanie o tym by się ruszyć nie będzie potrzebne. Zatem nie do trenowania ale do zmotywowania by zacząć trenować jak najbardziej a także dla osób, które potrzebują informacji o spalonych kaloriach do swojej diety.Z dodatkowych bajerów mamy analizę snu też fajny bajer 🙂 No i budzik !Zatem brać czy nie ?Tak jeśli nie chcesz go traktować jak zegarek sportowy na treningi bo się zawiedziesz natomiast jest to przedsmak tego typu rozwiązań w ładnym, zgrabnym opakowaniu. Dyskretnie robi swoje – liczy kalorie, kroki, z telefonem w parze policzy dokładnie dystans i pokaże Ci przebytą trasę. Ma dużo trybów sportowych łacznie np z siłownią. Dodatkowo ma wszelkie niezbędne bajerki typu sterowanie muzyką, powiadamianie o wiadomościach czy połączeniach brakuje płatności NFC – ta działa tylko w Chinach tak samo jak asystent głosowy :/ Dostajemy bardzo dużo i dlatego mi band 4 jest tak popularny ponad milion sprzedanych produktów przez pierwsze kilka dni !

LUT 2019 – od nocy do nocy czyli nasze małe „prawdziwe” ultra

Gdy jedziemy nową trasą w nowym nieznanym miejscu a potem wracamy do punktu startu tą samą drogą wydaje się, że droga powrotna mija szybciej. Patrząc na zegarek wcale tak nie musi być ale odczuwamy własnie w ten sposób. Odpowiedzialne za to jest znudzenie mózgu. Jak jest coś nowego to mózg się tym interesuje i rejestruje nowe rzeczy , zwracamy uwagę na szczegóły trasy jednak w drodze powrotnej nie ma tam już nic nowego i niejako przesypiamy to i w efekcie mamy złudzenie, że jedziemy szybciej. Wiedząc o tym mechaniźmie uległem namową by wystartować w ultra na dystansie 120 km – Lavaredo Ultra Trail (LUT). Tak 120 km to ciut za dużo jak dla mnie by bawić się bieganiem  ale trasa LUT powiela się z trasa Cortina Ultra Trail, którą biegłem dwa razy. Zatem pomyślałem, że skoro końcówka to bieg po trasie Cortiny to korzystając z lenistwa mózgu przelece to nawet nie zauważając tym samym dam radę przetrwać taki dystans.W Cortinie, mieście startu i mety LUT melduje się we wtorek pod koniec dnia na 3 dni przed zawodami. Mało czasu ale postaraliśmy się zaaklimatyzować jak to tylko możliwe w tak krótkim czasie. W środę zrobiliśmy dwie ferraty na dużej wysokości i dodatkowo jeszcze trekking na najwyższym punkcie zawodów czyli Tre Cime.
Czwartek rest z kąpielą w lodowatym jeziorze górskim – można powiedzieć, że morsowałem 🙂 A w piątek w południe bylismy jeszcze na przedostatnim punkcie trasy kibicując Anecie, która rano biegła Cortina Ultra Trail. Zatem aklimatyzacja wydawała się być ok. Reszta dnia upływała leniwie z przerwą na mini golfa i pasta party. Jednak cały dzień byłem niewyspany kompletnie bez powodu bo spałem wystaczająca ilość godzin, czułem się zmęczony i bez energii.
Na metę przybywamy kilka minut przed startem razem z Anetą, Qnfim i Kubą bo Tomek chyba chciał wygrać główną nagrodę czyli Audii i był niemal godzinę wcześniej.Muzyczka do startu nie była już tak energetyczna jak to było w przypadku Cortina Trail tu chyba organizator stwierdził, że nie ma co nas rozkręcać byśmy się nie wypalili za szybko 🙂 Uśmiechamy się, poklepujemy, gadamy z innymi biegaczami jednak ja nie mam chęci biec za bardzo. Raz, że nie wyspany dwa z bolącym brzuchem. Liczyłem, że to nerwówka przed startowa i mi przejdzie jak zawsze na teraz pozostało robić swoje – biec. Jako, że przyszliśmy pod koniec stalismy poza głównym nurtem biegaczy gdzieś hen daleko za barierkami i jak zaczęło się odliczanie cała ta masa zaczęła się ścirśniać coraz bardziej i bardziej. Niewiele brakowało byśmy zostali zmiażdżeni przez tłum ale mamy pierwszy sukces udało się przezyć zatem już jesteśmy zwycięzcami !Pierwsze kilomterty to coś wspaniałego – biegnie się w tłumie innych biegaczy pośród krzyków, oklasków i innych dżwięków wydobywanych przez kibiców tworzących szpaler po obu stronach drogi. Włosi umieją dopingować i kochają to, na każdym biegu jaki miałem okazje u nich biegać na kibiców można było liczyć zawsze nawet gdzieś wysoko w górach !Jak tylko skończył się asfalt weszliśmy w świat pionowy. Stromo, ciemno i masa kurzu od setek butów uderzających miarowo o ziemię. Pot mieszał się z kurzem i zatykał płuca a to pierwsze podejście. Ten fragment to jeszcze trasa Cortiny i wiedziałem, że po wspinaniu jest długi prosty single track, na którym można odsapnąć a potem mały staw który za każdym razem mnei zachwyca. Chwyciłem się tego obrazka i zapomniałem o otaczających warunkach odpychając się na kijkach pokonywałem przewyższenia.Tak miałem plan na ten bieg – ale szlag go trafił. Planowałem pierwsze 60 km biec spokojnie no ale jak biec spokojnie od startu jak każdy rwie niczym Big Racket, najszybszy koń na Świecie, który osiągnął zdumiewającą prędkość 69,9 km/h w gonitwie na ćwierć mili w Meksyku 5 lutego 1945 r. No jak ?! Zatem poddałem się choć rozum czasami wygrywał i stopował organizm ale wystarczyło, że ktoś mnie wypżedził i po planie. W ten sposób mijam mój stawek znów zachwycając się pięknem tego miejsca delikatnie tylko oświetlonego czołówkami biegaczy i biegnę dalej by po chwili skręcić na nowe nieznane mi ścieżki trasy LUT. Tu wszystko jest nowe i mózg chłonie każdy kawałek trasy przez co wydłuża mi sie ona dość znacznie. Jednak zachowana jest równowaga bo nowe miejsca są ekscytujace mimo panującej ciemności co powoduje zaciekawienie i radość bycia tu i teraz. Na razie biegnie się ok, bruch trochę boli ale nie ma tragedii palec z którym mam problemy jakiś czas jeszcze się nie odzywa ale wiem, że zacznie – zawsze zaczyna a na 30 km to już bardzo. Tu o dziwo jeszcze nie, chyba za dużo boźdców blokuje impuls bólu zatem dobra moja 🙂Ten fragment biegnę sam Qnfi taktycznie nie wyrwał sie do przodu jak przystało na dobrego stratega a Tomek mając przewagę przed startem jest gdzieć daaaleko z przodu. Z roku na rok coraz więcej polaków startuje w tym biegu i co rusz kogoś spotykam i jest okazja by pogadać chwilę odrywając się od samotności w ciemnym lesie. Tak na przemian to samotnie to gawedząc docieram do Jeziora Misurina. Urokliwe miejsce. Za każdym razem jak tu jestem musze przystanąć i nacieszyć oczy tak też było i teraz. Stałem tak i patrzyłem na to piękno, żałując że jeszcze nie ma wschodu Słońca choć już świtało to brakowało kilku minut by było cudownie. Zastanawiałem się czy nie poczekać na Słońce i jak tak stałem pojawiła się myśl: „dlaczego o tym pomyślałem, przecież są zawody powinienem biec a nie patrzeć na Słoneczko”. No i dotarło do mnie, że miałem kilka prób zjedzenia czegoś na bufetach i nic nie mogłem zjeść bo wszystko stawało mi w gardle, Ratowałem się batonem i żelem ale efekt był taki sam. Jedyne co przyjąłem od kilku godzin to woda. Im dłużej stałem tym bardziej czułem się osłabiony bo do świadomości pozbawionej nowych bodźców docierała prawda, święta prawda czy też gówno prawda. Nie jadłem i leciałem na euforii nie energii. Niby też na „e” ale to raczej z tych „e” przy których podnosi się automatycznie brew a twarz przybiera głupkowaty wygląd. Zatem miałem „eeee ???” a nie energia. Wiem, ż eusiałem ruszyć się z tego miejsca by zająć się zdobywaniem góry, która teraz na mnie czekała. i to nie byle jakie podejście, znam je dobrze. Podejście pod Tre Cime z Misuriny nie jest lekkie. A ja stałem i coraz więcej do mnie docierało łącznie z bólem palca i żołądka, który trawił z braku laku moje mięśnie. Na szczęście z letarku wyrwała mnie grupa biegaczy, z których jeden trącił mnie kijkiem. Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem wspinać się na bufet przy parkingu pod Tre Cime licząc, że tam zjem rosół i on mnie naprawi.To była ciężka przeprawa, widziałeem siebie jak postać z gry której ubywa energii, 90, 90, 20, 10, 2,1 RED ALERT ! ale skupiłem się na tym rosole i parłem do góry. Na górze dogoniłem Tomka, który wyglądał jakby go ktoś połknął, przerzuł i wypluł z odrazą. Teraz taki wypluty siedział z błądzącym wzrokiem po kilku mocniejszych klepnięciach dopiero zauważył, że to ja. Posiedzieliśmy tam sporo czasu, ja wypiłem trochę wody z rosołu. Skorzystalismy jeszcze z toalety w schronisku, w którym właściciel zakręcił wodę w kranach zostawiając karteczkę informującą o awarii 🙂 No trudno, nie zamknęli przynajmniej kibli jak to często się dzieje u nas. Ten fragment aż do przepaku na 65 czy 67 km był w miarę spokojnym odcinkiem. Najpierw jedna z najpięknieszych panoram  na trasie więc co chwila przerwa na fotkę musiała być tym bardziej, że szczyty skąpane były jeszcze w porannych chmurkach a w dole majaczyło niewyraźnie zaspane miasteczko. Dalej to już Tre Cime i ustawki pod fotografów, którzy zawsze czają się w tym miejscu a potem zbieg szalony zbieg bardzo techniczny, kręty taki jak lubię najbardziej. Tu postanawiam pobiec normalnie jak zawsze czerpiąc radość z każdego kroku i jednocześnie sprawdzając czy dam radę biec dalej bo czułem się fatalnie i w zasadzie chciałem to skończyć. Ruszylismy z Tomkiem w dół co krok to się rozpędzając, mijaliśmy biegaczy coraz szybciej i szybciej biegnąc poniżejj 4 minut na km. Tak uwielbiam takie zbiegi, kamienie uciekały  spod butów niczym karaluchy od światła. Głowa skupiła się tylko na 2 kolejnych krokach reszta myśli została za firewallem. Ważne było w tym momencie gdzie postawić stopę teraz i gdzie skierować ciało w kolejnym ruchu. Swiąt skurczył się do tych 2 pytań a całe Dolomity skurczyły się do 2 metrów ścieżki przede mną. Tak spadaliśmy kilka kilometrów. To był dla mnie najpiekniejszy odcinek całych zawodów. Dzięki Tomek za towarzystwo. Oboje lubimy rywalizację i ten zbieg nas ożywił bardzo. Jednak każdy zbieg się kończy a ten skończył się płaskim odcinkiem, jakaś rzeczka którą trzeba było przejść potem jezioro nad którym dopiero co robiliśmy morsowanie a jeszcze dalej nudna jak flaki z olejem długa płaska prosta szeroka droga, na której dogoniły mnie wszystkie te myśli i informacje na temat stanu zdrowia. Taki self check trafił mnie swoim wnioskiem prosto w twarz prosto między oczy nokautując natychmiast. Jasne było, że nie pobiegnę dalej. Energia się spaliła na zbiegu do cna teraz miałem już zaciągnięty spory dług. Palec pulsował. Nie szedłem tylko człapałem do kolejnego punktu, który cały czas był 2 km dalej. Co chwila pytaliśmy mijanych ludzi ile do punktu – 2 km. Jak to bywa po najlepszym momencie przychodzi najgorszy. Po euforii na zbiegu miałem teraz całkowity zjazd, byłem w takim dole, że nie ma takiej długiej drabiny która mogłą by mnie wyciągnać. Na szczęście Tomek odżył i widać było, że chce i pobiegnie dalej a ja będę dla niego balastem. Postanowiłem, że kończę i zdjejmuję numer. Tomek przebrał się, najadł i ruszył dalej a ja biłem się z myślami co robić dalej. Wiadomo było, że nie będę biegł może coś tam trochę zbiegnę ale po zawdodach dla mnie. Jeść dalej nie mogłem. To połowa trasy a najtrudniejsze fragmenty dopiero się zaczną, szczególnie ponad 10 km podejście wpełnym Słońcu na Val Travenanzes. Jednak to też piekna trasa a pogoda dopisywała, co w Dolomitach nie jest częste. Zapas czasowy miałem spory i spokonjnie mogłem się z nim zmieścić jednak czy dam radę. Tu mam transport do Cortiny po kolejnych 8 km jest kolejne miejsce gdzie mogę się wycofać i spokojnie wrócić autobusem ale jak mine tamten punkt to muszę już ukończyć. Poleżałem tam jeszcze z godzinkę i ruszyłem w trasę z numerem. To była dobra decyzja. Dawno nie chodziłem na takim luzie po górach. Zawsze szybko, biegiem rzucając pośpieszne spojrzenia na okolicę przez co w głowie miałem kalejdoskop poskładany z wycinków okolicy. Treaz pozwalałem sobie na zwiedzanie okolicy, a było co podziwiać ! Choćby wąwóz tak głęboki, że niemal nie było widać rzeki, którą nie sposób było nie usłyszeć. Jeziora, pasma górskie no po prostu bajka. Często kładłem się na trawie i leżałem patrząc na ten krajobraz. Było coraz cieplej, Słońce paliło straszliwie. Czapka moczona w górskim strumieniu wysychała na głowie po kilku minutach zatem wyczekiwałem z utęsknieniem rzeki, którą niebawem trzebą będzie pokonywać w bród kilkukrotnie. Riu Travenanzes. Pamiętam kilka lat temu gdy pierwszy raz ją przechodziłem to za pierwszym razem ściągałem buty 🙂 Co było bezcelowe bo przechodzi się ja kilkukrotnie. Teraz mimo, że nie dbałem o czas to nie było mowy o ściąganiu butów. Z radością wchodziłem do rzeki i nie przechodziłem od razu na drugi brzeg ale szedłem wzdłuż ciesząc się jej żywym zimnem. Po przejściu rzeki w kilku miejscach dalej było małe strome podejście i łąka, na której był punkt z wodą. Tu planowałem poleżej na trawie i oblewać się wodą ile tylko można 🙂 Spędziłem tam z pół godziny relaksując się i podziwiając dolinę z mnóstwem wodospadów spadających w okgromnych wysokości. Z letargu wyrwał mnie Qnfi, który dogonił mnie na tym punkcie. Od tego moemnetu do końca pokonywaliśmy trasę razem.Ten fragment był nam dobrze znany z poprzednich biegów, wiedzieliśmy co i kiedy na nas czeka i faktycznie trasa przez to przebiegała szybciej – w głowie nie w rzeczywistości oczywiście 🙂 Qnfi doradził bym spróbował jest pszenne bułki z oliwą, które były na bufecie i faktycznie to dawałem radę przełknąć. No nie dużo ale zawsze to coś – dwa max trzy kawałki utrzymywały mnie na nogach jakoś do kolejnego punktu. Czasami mdłości z głodu odcinały mnie całkowicie na moment ale jednak po chwili mogłem ruszyć dalej zatem jeden problem z głowy. Często siadaliśmy i patrzeliśmy na panoramę gór. Ileż to rzeczy wtedy udało sie dostrzec. Np zauważylismy pasmo Marmolady w kilku miejscach trasy. Zachód Słońca spotkał nas chwilę przez Passo Giau, gdzie czekali na nas już Aneta i Kuba. Miło ! Super gdy na setnym kilometrze spotykasz bliskie Ci osoby, dodaje mocy naprawdę. Zapalamy czołówki i ruszamy powoli dalej. Przed nami ostatni trudny fragment na trasie, pionowa ściana Forcella Ambrizzola, tak to się chyba nazywa. Tu pomaga znudzenie mózy znaną trasą i idzie się całkiem spoko, jedyne co pamiętam z tego podejścia ta sznur niekończących się światełek za nami aż pod Passo Giau. To ostatnie mocne podejście na trasie dalej to już niemal caly czas w dół po drodze ostatni punkt, gdzie znów siedzimy sporo czasu jedząc ziemniaki i jajka. Od punktu zotało 10 km nudnej stromej  ścieżki przez las. Dla mnie to najgorszy fragment trasy, myślałem że wpadłem w jakąs pułapkę czaso przestrzenną. Sekundy i odległość były tutaj zamrożone, cały czas osuwaliśmy się w dół po stromiźnie ale sekunda na zegarku nie zmieniła się mimi, że odczuwaliśmy jakbyśmy szli to z godzinę. Byłem tu marudny straszliwie. Do tego dochodziły omamy wzrokowe, co nie dziwi bo zafundowalismy sobie niemal prawdziwe ultra – dwie noce na trasie.Dobijamy w końcu do asfaltu czyli jesteśmy w Cortinie i czuć metę. A ja czuję, że stop eneria się skończyła. Organizm zjadł wszystkie mięśnie i nie ma już co jeść więc nie ruszy dalej na dodatek coś mu ni eposmakowało i zebrało się na wymioty. Ratuje Qnfi gumą do żucia, w pierwszym odruchu odmawiam ale jednak zmuszam się by ją wziąć, licząc, że ma wiecej niż 2 kalorie. I tak na gumie docieramy do mety gdzie jeszcze udaje się finiszować 🙂Mamy to w końcu z głowy.Na mecie dostajemy piwko od sponsora oraz kurteczki La Sportivy, które okazują się całkiem całkiem bo parametry mają na UTMB 🙂 Choć obaj wiemy, że tam już nie pobiegniemy – biegi w okolicy 100 km i wyżej odpuszczamy sobie na zawsze lub na dłuższy czas.Teraz już tylko powrót na pole w asyście naszego supportu Anety i Kuby (kolejny raz dzięki ! ) kąpiel i nyny.Jako, że biegania za dużo nie było na drugi dzień nie mamy problemów z chodzeniem i idziemy restować się na pobliskie jeziorko. Poniedziałek to dzień powrotu. Pakujemy się w ostatniej chwili i wizyta w sklepie jest już w asyście ulewy a droga autem już w gradobiciu. Tak, wykorzysmy czas co do sekundy !Wszyscy ukończyli swoje biegi, sportowo wypadliśmy słabo jedynie Aneta ratuje sytuację ale czy to ważne ? Brawa dla Anety oczywiście ! A dla nas oklaski za ukończenie 🙂
Dziekuję wszystkim bez pomocy, których by się to nie udało Gosi, która znosi moje bieganie, Marcie za szos a także całej ekipie: synowi, że był ze mną Anecie, Qnfiemu, Tomkowi z rodziną wszystkim, którzy trzymali za nas kciuki – było je czuć tam w górach zarówno w nocy samemu pośród niczego jak i w palącym Słońcu.

TRAILOWE BUTY DYNAFIT TRAILBREAKER

0
Znacie zasady Kaizen ? Kaizen to dosłownie dobra zmiana. Jest to metoda zmiany na lepsze przez ciągłe doskonalenie – tak ogólnie rzecz biorąc 🙂 Zasad jest 10.Zasady Kaizen to:
  1. Problemy stwarzają możliwości.
  2. Pytaj 5 razy „Dlaczego?” (Metoda 5 why).
  3. Bierz pomysły od wszystkich.
  4. Myśl nad rozwiązaniami możliwymi do wdrożenia.
  5. Odrzucaj ustalony stan rzeczy.
  6. Wymówki, że czegoś się nie da zrobić, są zbędne.
  7. Wybieraj proste rozwiązania, nie czekając na te idealne.
  8. Użyj sprytu zamiast pieniędzy.
  9. Pomyłki koryguj na bieżąco.
  10. Ulepszanie nie ma końca.
Idąc tym tropem odrzuciłem ustalony stan rzeczy – codzienne treningi robiłem cały czas w świetnych butach salomon sonic pro i chcąc ulepszyć, wybrałem proste rozwiązanie – ( używając sprytu ) kupując nowe buty w promce firmy Dynafit model Trailbreaker.Za dużo info o nich w sieci nie znalazłem no ale nie czekając na idealne rozwiązanie zdecydowałem się, że odrzuce wymówki i kolejny trening będę biegał w Dynafit Trailbreaker.Stało się ! Butki wyglądają kozacko trochę oldschoolowo ale to dla mnie in plus no może sznurowadła w pomarańczowe serduszka trochę nie pasują ale i tak zamierzałem je szybko zachlapać sporą ilością błota i kurzu.Trailbraker zastosował podeszwę firmy POMOCA – jest to szwajcarska firma specjalizująca się w produkcji wysokiej klasy fok na skitury. Skąd tu podeszwa ? Nie mam pojęcia ale spodobała mi się ona 🙂 Ma ciekawy bieżnik trochę jak opona rowerowa i jej główną zaletą ma być trzymanie boczne na stromych zboczach – czasami biegnie się wartwicą czyli nie na wprost i buty mają tendencję do uślizgu ta podeszwa ma temu zapobiec.dynafit TrailbreakerDrugą niespotykaną raczej rzeczą w butach trailowych to drop w wysokości 10 mm ! Taki drop to norma w sprontówkach asfaltowych w trailu normą raczej jest 4-6 mm. Taki drop narzuca bieganie z palcy ale odciąża łydkę, która w niskim dropie jest bardziej napięta co generalnie jest ok bo dzięki napięciu łydki bieg jest mocniejszy ale też i zmęczenie jest wieksze. Oczywiście mówię tu o szybkim bieganiu. Zatem but ten bardziej pasuje na szybkie i krótkie bieganie. Ja średnio robie 14-16 km na treningu więc powinno być ok.Z pierwszych wrażeń zanim jeszcze w nich biegałem Dynafit Trailbreaker nie są bardzo lekkie (moja waga pokazuje 316 g sztuka rozmiar 44 ), sznurówki wydają się być za śliskie, materiał całęgo buta dość mięsisty a po założeniu na stopę – imadło.W butach tych na razie przebiegłem niecałe 300 km więc nie jest to miarodajny test dopiszę uwagi na koniec ich życia na teraz chciałbym jednak napisać kilka zdań.Teren w jakim biegałem to głównie góry kamienne podłoże ale też i łąki, sucha trawa, śnieg, korzenie, strumienie oraz błoto jednym słowem – góry. Kilka treningów zrobiłem po parku i asfalcie na płaskim.Początek był katastrofalny do tego stopnia, że chciałem je wyrzucić. Twardośc podeszwy jest bardzo duża i to od pierwszych kroków ! Po kilometrze stopy mnie tak bolały, że zastanawiałem się czy nie wrócić do domu lub biec boso. Tak było przez piersze 100 km. W zasadzie bołało mnie w nich wszystko poza górą pod sznurówkami za sprawą grubego języka. Jednak sznurówki muszą być mocno związane by byt trzymał a to z kolei powoduje, że ściskane są boki stopy mamy zatem wybór bolące kolejne części stopy czy luźne buty.  Po 100 km but jakby powodował mniej bólu jednak nadal nie ciesze się gdy mam w nich biec. Wczoraj np zrobiłem zwykłe wybieganie 16 km i dziś stopy są jakby przez całą noc ktoś bił je młotkiem.No ale może ja za delikatny jestem i szukam wymówek, że nie da się w nich biegać ? Co na to Kizen ?
Wymówki, że czegoś się nie da zrobić, są zbędne.
No ok zatem lecimy dalej na kolejne treningi i testujemy. Faktycznie są szybkie, fakt zaciskam zęby z bólu ale biegnie się szybko. To in plus. Kolejny plus za trzymanie pięty – imadło robi robotę. Sprawdzałem tez jak one trzymają na zbiegach gdy leci się bokiem – tu faktycznie extra nawet lepiej jak w dół – piętę mają zrobioną jak buty ze sportów motorowych i zauważyłem, że pięta na zbiegu wpada w poślizg.Dynafit TrailbreakerProblemem okazała się też wilgoć i nie piszę tu o kałużach czy potopie ale o pozostałościach rosy. Wystarczy, że kamień jest wilgotny i twarda podeszwa zamienia się w łyżwę i zjeżdżamy w dół do najbliższego drzewa. Taki sam brak trakcji występuje na suchej ściętej trawie – mam taki fragment na wałach gdzie leży skoszona trawa – zero przyczepności.In minus:
  1. sznurówki mimo, że wiązane na dwa supły potrafią się rozwiązywać
  2.  uślizgi pięty na biegu wprost
  3. twarda amortyzacja powodująca ból podeszwy stopy
  4. koniecznośc mocnego wiązania powoduje ból boku podeszwy stopy
  5. brak trakcji na błocie
  6. w zasadzie tylko na suchy teren – nawet delikanie mokre kamienie i to od samej rosy niemal pozbwaiły mnie uzębienia gdy jak zawsze szybko zbiegałem ze Ślęży. teraz wiem, że w tych butach trzeba schodzić nie zbiegać
  7. po 250 km widać już delikatne przetarcia raczej nie dotrwają do 500 km – uff !
Dzięki temu wprowadzę kolejną zasadę kaizen – pomyłki koryguj na bierząco – i kupię inne buty Dynafit Trailbreaker to jednak buty nie dla mnie.

Półmaraton Górski Jedlina Zdrój

Półmaraton otrzymał, m.in. Złote Kozice za najlepszy bieg górski na długim dystansie, za debiut organizacyjny roku 2014, a w drugiej edycji otrzymał I miejsca w kategoriach: „Biegi Górskie” i „Województwo Dolnośląskie”. Trzecia edycja biegu została nagrodzona aż w siedmiu kategoriach, otrzymując pierwsze miejsca za Najlepszy Bieg Górski i Najlepszy Bieg Dolnośląski, drugie miejsce w kat. Biegi Kameralne, zaś trzecie miejsce – Biegi Niezwykłe. Wyróżniony został też nagrodą Srebrnej Kozicy 2016 i 2018 roku.Mamy 2019 rok i niemal 800 osób startujących łacznie ze mną. Trzeba było sprawdzić ten bieg !Niedziela 12 maja przywitała nas deszczem i ochłodzeniem (5 stopni) – idealna pogoda do biegania ciut trudniej w górach ale nie ma trudności nie ma zabawy.Na miejscu byłem 45 minut przed startem, parkingi były już zapełnione po brzegi jednak udało się znaleźć miejsce na bocznej uliczce i jak się okazało było to lepsze rozwiązanie, gdyż z uwagi na deszcz trawiaste podłoże drugiego parkingu okazało się pułapką dla aut pozbawionych napędu 4×4 🙂 Wydawanie numerków odbywało się bardzo szybko i sprawnie a w pakiecie były batony, wafle ryżowe sponsora Sonko oraz drzewko do posadzenia – jodła 🙂 Będzie pamiątka na lata :))Przydałaby się przebieralnia, ponoć gdzies była ale nie zauważyłem. Mijam więc kolejkę gigant do ToiToi sztuk 8 i idę do auta się przebrać. Lekki rozruch potem jeszcze pajacyki na stadionie, bo organizator zapewnił instruktorkę Dorotę Skwark z Wałbrzycha, która rozkręcała zawodników więc, żal było nie skorzystać.
rozgrzewka przed biegiem, zdjecie organizatora
rozgrzewka przed biegiem, zdjecie organizatora
Start /MetaUstawiam się na start gdzieś w połowie i z 2 minutowym poślizgiem ruszamy o 10:02.Trasa rozpoczyna się szybkim ok 5 km rozbiegiem po asfalcie, tempo jest dobre ale za daleko się ustawiłem i trzeba się przedzierać więc trochę za wolno to pobiegłem. Kończy się asfalt zaczyna się pionowa przygoda ! hip hip hura ! Od razy wpadamy na błotną stromą ścieżkę, to podejście na kilka km. Z uwagi na warunki i brak butów na błoto zabrałem moje stare Mizuny Hayate, mające ponad 1000 km przebiegu i niemal tyle samo dziur. Jak już mam upierdzielić trzewiki to niech to będą te co i tak są przeznaczone do utylizacji, no i to jedyne które jako tako ogarniają błoto. Zaskoczyły mnie pozytywnie ! Podczas treningów w parku w czasie deszczu często na twardym mokrym podłożu jeździłem a tu w głebokim błocie dawały radę, oczywiście na zbiegach traciłem sporo bo jednak uślizgi były spore jednak to i tak lepiej niż się spodziewałem. Po zdobyciu pierwszego podbiegu mamy w miarę równy teren, gdyby nie niskie chmury w których biegliśmy byłoby widać nasz kolejny cel – Górę Borową. Teraz wszystko spowite było mgłą, fajny klimat to robiło !Ostatnie podejście pod G. Borową poprzedzone było bufetem, nie wiem co na nich było bo się nie zatrzymywałem ale wolontariusze dzielnie dawali radę, wyciągali ręce z kubkami, które po wypiciu można było oddać do strefy zrzutu 3 metry dalej więc nie było smiecenia na trasie – chyba 🙂Tu łykam żela, bo to ostatnie mocniejsze podejcie i połowa trasy. Druga jest zdecydowanie szybsza. Pierwsze 10 km to 565 m przewyższenia drugie to 206 . Zatem pierwsza połowa na rozkręcenie się a potem dzida. W moim przypadku pierwsza dziesiątka to średnie tempo 5:43 a druga 4:55 a finisz 4:05. Obawiałem się podejścia bo pamietam zejście z tego szczytu, jednak podchodziliśmy nie aż tak stromym szlakiem i dość szybko znalazłem się pod wieżą widokową na Górze Borowej. To najwyższy punkt tych zawodów co nie dziwi, bo Góra Borowa jest najwyższym szcztem Gór Wałbrzyskich 853 m n.p.m. a na jej szczycie od niedawna jest piękna wieża widokowa – mpgła by być tak ze 3 m wyższa ale nie ma co marudzić. Jak ktoś tu będzie to polecam zatrzymać się na dole na obiad w Hotelu „Zacisze Trzech Gór”.Teraz już tylko w dół. Oj ! jak brakowało tu kamerzysty ! Zbiegalismy jak szaleni z tego stromego zbocza, kto tam był wie jak to wygląda, a trzeba dodać do tego błoto, korzenie i skrywające się pod dużą warstwa mokrych liści i ziemi czychających na nasz błąd kamieni. Lecieliśmy tam poniżej 4 minut na km wznosząć za sobą gałęzie, błoto, wodę, kamienie … Szalony zbieg. Chwilia odpoczynku od techniki na szerszym odcinku ale tu prędkość jeszcze większa i tak dolatujemy do Przełęczy Koziej i tu ostry skręt i znów w dół jeszcze bardziej dzikim szlakiem pośród krzewów wijącą się koleiną wypełnioną po brzegi błotem skrywającym nie wiadomo co. Dobrze, że prędkość tu była wysoka i zanim myśl powątpiewania dotarła do mózgu nogi wbijały się po kolana w błoto i tylko dzięki zatopionym w nim gałęziom udało się odbić od dna i pędzić dalej.A dalej mieliśmy do zdobycia Górę Zamkową, na której szczycie stali rycerze broniący zamku – musieli znaleźć tunel czasoprzestrzenny i dzielnie bronili swej fortecy. Trzeba było znów przyspieszyć by nie dać się im złapać 🙂
Rycerze broniący zamku (zdj. organizatora)
Rycerze broniący zamku (zdj. organizatora)
Pogonieni przez rycerzy mkniemy w dół w połowie ślizgając się na błocku w połowie lecąc nad nim i tak trafiamy przed tunel bez światełka na swoim końcu. To najdłuższy tunel kolejowy w Polsce nie dziwi więc brak światełka na końcu bo go nie widać !!! Tunel w Jedlinie Pod Małym Wołowcem ma aż 1601 m długości i ponad 100 lat ! To dla tego momentu cały bieg miałem na głowie czołówkę 🙂 Bach zapalam mój miotacz światła i mam dzień. Podłoże kamieniste jak przystało na podłoże pod tory kolejowe 🙂 i mnóstwo mnóstwo kałuż. Tunel przecieka w kilku miejscach i gmina właśnie jest w trakcie jego remontu. Na środu tunelu ustawiono kolumny, z których wydobywał się mroczny bas aż ciarki na karku się pojawiły 🙂 Miło !Bas nie bas trzeba cisnąć bo czuć metę do której zostało jakieś 5-6 km, Tempo w tunelu mieliśmy przyzwoite tj poniżej 4:10, na wylocie czekał kolejny tunel. tunelik 🙂 Przejście podziemne z dworca kolejowego, schodki w dół, schodki w góre kawałek asfaltu i chyżo w błotko. Ostatnie małe wzniesienia przed metą. Tu czuje zmęczenie lekkie 🙂 ale podbiegam wolno bo wolno ale do przodu. Podbiegi kończą się 2 km przed metą w spektakularny sposób – schodami 🙂 Zmuszając do wydłużenia kroku by susami przeskakiwać z jednego na drugi ale ale – nie było tak prosto ! Co jakiś czas mieliśmy zwężenie stopni haha potem znów wydłużenie – zabawa na całego 🙂 Oki schodki się skończyły i oczom ukazuje się meta, yesssss Jest na wyciągnięcie ręki tylko zbiec, ale nie ma tak ! Trzeba biec płaskim zygzakiem jeszcze 1,5 km do niej 🙂 Za plecami słyszałem kolejnego zawodnika co dodawało mi skrzydeł by gonić tego przed sobą, doganiałem ale za wolno, jednak oddalałem się od tego za mną. Zawsze to coś 🙂 Na metę wpadam z czasem 1 godzina 51 minut i 30 sek do miejsca 3 w kategorii zabrakło 4 minut przez co wylądowałem na 15 – było ciasno i chwila odpuszczenia kosztowała stratę kilku miejsc. Tak to bywa na sprintach – trzeba non stop cisnąć 🙂Na mecie było luźno bez kolejek po zupkę, mało jej było ale była. Coś ciepłego w taką pogodę na pewno się przyda – na forum ludzie pisali, że dla nich zabrakło. Trochę słabo tym bardziej, że zupy było naprawdę na max dwa łyki więc to do poprawy.Co zapamietałem z tej imperzy:
  • zbieg z Borowej cały odcinek pod Górę Zamkową
  • pozytywnie zakręconych rycerzy na Zamkowej
  • dudniący bassss w tunelu
  • sportowy ośrodek, z którego startowaliśmy – pięknie położony, otoczony górami
  • kibice, mimo pogody byli na trasie i dopingowali, niektórzy nawet podawali na którym jest się miejscu, ile straty do pierwszego, co będzie na najbliższych kilometrach, przybijali piątki ! Dużo biegło tu lokalnych wyjadaczy a kibice to ich sąsiedzi 🙂
do poprawki:
  • bufet na mecie – jeśli faktycznie zabrakło
link do strony organizatoracena 50 zł pierwsze 300 osób potem 70 złlimit 4 godzinydystans z zegarka 21,23 km suma przewyższeń 811 m
[iheu_ultimate_oxi id=”2″] [iheu_ultimate_oxi id=”3″]
 

Columbia Montrail Trans Alp F.K.T II pierwszy test

0

Są to buty na długie trasy, powyżej 100 km w górskim skalistym terenie. Zatem nie spodziewajcie się lekkiego superszybkiego buta – ich waga to 341 g przy rozmiarze 43. Np Salomon Sonic Pro w którym biegam na co dzięń to 100 g na bucie mniej czyli mamy 200 g cięższy zestaw a to robi różnice. Co do rozmiarówki tu uwaga – jak kupujecie przez internet pytać o długość wkładki, podane rozmiary na stronie sklepu często są błędne. Kupowałem rozmiar 44 na stronie sklepu długość wkładki 27,8 cm w rzeczywistości długość wkładki 29 cm … Mój rozmiar 44 i każde dotychczasowe buty pasowały tylko Columbie mają swoja rozmiarówkę 🙂 Ostatenicznie kupiłem 43 i to odpowiednik 44 np Salomona.

Byty są dość zabudowane bo taki jest wymóg na długim dystansie, nie sprawdzałem jeszcze w ciepłe dni ani jak wygląda odprowadzanie wody. Zrobiłem na razie pierwszy trening 22 km po Ślęży w mokry dzień by sprawdzić jak dają radę na mokrej skale i liściach.

Pogoda była jak poniżej na zdjeciach więc idealnie.

Minus – korzenie. Tu polegną każde buty i te nie są wyjątkiem. Nie liczyłem, że będzie innaczej.

Reszta na plus. Miałem lekkie uślizgi na gładkich płytach przy zbiegu – tych ze zdjęcia poniżej

columbia trans alp fkn II
columbia trans alp fkn II

jednak nie było to coś co przeszkadzało, ostatnim razem biegłem w Dynafitach i pływałem na tym chodniku perfekcyjnie niczym belerina. Mokrej skały trzymają się bardzo dobrze, liście też nie stanowią problemu. Czucie podłoża wg mnie jest dobre. Czuć kamienie ale nie w sposób bolesny 🙂 Amortyzacja bardzo dobrze działa, zbiegi po kamieniach to ich żywioł

columbia trans alp fkn II
columbia trans alp fkn II

Dużo miejsca na palce, ja mam wąską stopę pod Salomona ale było ok. Bieżnik wydaje się dość uniwersalny. Są wygodne od razu po założeniu, zapewne to też zasługa wkładki jak i miekkiego języka. Sznurówki wydają się być za śliskie takie z tendencją do rozwiązywania jednak na trasie trzymały więc chyba źle to oceniłem na pierwszy rzut oka.

columbia trans alp fkn II
columbia trans alp fkn II
columbia trans alp fkn II
columbia trans alp fkn II

Było to pierwsze przetarcie i wydają się być dobrym butem kolejny test po dłuższym pobieganiu w różnych warunkach to traktujcie jako opis unboxing Columbia Montrail Trans Alp F.K.T II 🙂

Columbia montrail Transalp F.K.N II po 1500 km

Minęlo trochę czasu od zakupu tych butów jak piszę ten update testu. Dokładnie nabiegane mają 1495 km i pozwalam im już odejść na emeryturę. Jak wyglądają po takim dystansie ? Niemal jak nowe.

Columbia montrail Transalp F.K.N II po 1500 km

Co mogę powiedzieć o tych butach ?

Zdecydowalnie jedne z lepszych jeśli nie najlepsze buty w jakich biegałem. Na pewno bardzo uniwersalne i na długie wybiegania, czy codzienne bieganie po zróżnicowanym terenie. Bardzo wygodne, dające sobie radę najlepiej w skalstym terenie ale nie bojące się też błota. Ok są ciężkie, ok sznurówki do natychmiastowego wywalenia bo się rozwiązują, ok mogły by być bardziej przewiewne ale to generalnie pierdoły. kupujesz te buty i zapominasz na długi czas o konieczności kuowania kolejnej pary, po prostu w nich biegasz gdzie chcesz. Prawdziwa wolność i ucieczka przed wąską specjalizacją nabijającą kasę producenom.

Czego żałuję ? Jako następce tych butów kupiłem Inov8 ktore po 77 km już się rozklejają na pięcie, twarde tak że na zbiegach oczy mi tak skaczą, że nie widze trasy. Żałuję, że postanowiłem kupić inne buty niż ten model.

Ciasto daktylowe z pomarańczami

0
Moja propozycja na ciacho do kawki to ciasto daktylowe z pomarańczami bez mąki pszennej.Poniżej lista składników na blachę 18 cm:
  • 200 g daktyli
  • sok z dwóch pomarańczy
  • skórka z jednej pomarańczy
  • 5 jajek
  • 100 g masła (niech postoi chwilę by było miękkie)
  • 2 czubate łyżki mąki kokosowej
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • łyżka mąki ryżowej
  • łyżeczka sody
  • łyżka kakao
  • jako dodatek kilka kostek czekolady – ja deję gorzką
Jak już mamy wszystko zabieramy się do robienia ciasta daktylowego z pomarańczami.Zalewamy wrzątkiem daktyle tak by wszystkie były pod wodą i zostaw/iamy je na kilka minut a w tym czasie ścieramy skórkę z pomarańczy i wyciskamy sok. Wylewamy wodę z daktyli i wrzucamy je do pojemnika, w którym będziemy je blendować razem z sokiem i skórką z cytryny. Blendujemy na gładką masę i przekładamy do garnka i chwile gotujemy by masa była trochę gęstrza – do zagotowania cały czas mieszając.Miękkie masło blendujemy na krem, ja robie to trzepatrzką. Dodajemy po jednym żółtku i mieszamy i tak pięć razy 🙂 czyli tyle ile mamy jaj. Białko odkładamy do metalowego pojemnika bo wykorzystamy je w ostatnim kroku. Można wsadzić je do lodówki.Jak już mamy zblendowane masło z żółtkami przekłądamy masę do daktyli i pomarańczy. Chwilę mieszamy do połączenia składników.Teraz czas na mąki. Dodajemy po łyżce i mieszamy do połączenia. Tak dodajemy mąki, sodę i kakao. Jak już wszystko dodamy i wymiaszamy zabieramy się za ostatni element.Możemy w tym czasie przygotować tortownicę i piec ustawiając temperaturę na 180 stopni.Dodajemy szczyptę soli by lepiej ubić białka i miksujemy. Ważne by był to czysty metalowy pojemnik. W mokrym, tłustym czy plastikowym mamy mneijsze szanse na ubicie piany. Najszybciej wychodzi w metalowym. W połowie można dodać odrobinę soku z cytryny by piana była sztywniejsza. Na koniec dodajemy pianę do reszty i delikatnie mieszamy.Wylewany całość do formy i wstawiamy do pieca na 40 minut pieczemy w temperaturze 180 stopni. Raz robiłem dłużej ok 60 i też wyszło super, mniej mokre po prostu. Musicie dobrać czas tak jak lubicie.Smacznego.

Góry Kamienne i Suche, czyli biegając po krainie wulkanami stworzonej

0
Góry Kamienne wyglądają jakby narysowało je dziecko. Szczyty mają stożkowe krztałty, poukładene niemal jeden obok drugiego. Wydaje się, ze są usypane z piasku czy kamieni. W rzeczywistości to raczej pozostałości po prastarych kominach wulkanicznych a zbodowane są głownie z polfiru i melafiru. Jest tu nawet kopalnia odkrywkowa melafiru – melafir stosuje się na podkłady pod drogi. Kopalnia ma moc wydobywczą ok 1 mln ton rocznie a jej pokłady to 160 mln ton tak więc trochę tu jeszcze będzie …
kopalnie malafiru
kopalnie malafiru
Jednak tuż za kopalnią znajduje się schronisko PTTK Andrzejówka, jego dawna nazwa to Andreasbaude. Schronisko powstało w 1933 roku z inicjatywy Wałbrzyskiego Związku Górskiego, a właściwie to Waldenburger Gebirgsverein bo w tamtym okresie były to ziemie niemieckie. BTW na trasie będziemy biec terz przez niestety zniszczony cmentarz niemiecki, gdzie zaczyna się strasznie długie podejście pod szczyt Bukowiec. Z niego można własnie zobaczyć kopalnie jak zejdzie się 100 metrów ze szlaku.
cmentarz niemiecki
cmentarz niemiecki
schronisko andrzejówka
schronisko andrzejówka
Tu też zaczynamy naszą biegową przygodę. Do dyspozycji jest duży parking, który jednak szybko się zapełnia w weekendy zatem proponuję przyjechać rano – no i rano lepiej się biega 🙂Wycieczka biegowa ma ponad 27 km i niemal 1800 m przewyższenia i jak dla mnie jest dość wymagająca, jest ułożona tak, że w połowie mamy trochę na odsapnięcie. Bieganie zaczynamy od mocnego intra a potem jest tylko mocniej jak u Hitchcock’a.Mocne intro to wbieg na najwyższy szczyt gór kamiennych czyli Waligórę będący jednocześnie szczytem z Korony Gór Polski, spójrzcie na profil na dole wpisu a bedzie jasne o jakim mocnym intrze tu piszę. To niemal pionowa ściana ! Ale nie martwcie się, dla dodania animuszu napiszę, że wbiegnięcie spod schroniska na szczyt Krzysiek Dołęgowski z napieraj.pl machnął to w 6 minut z drobnymi. Więc jest ciężko ale da się zrobić to szybko.Tylko Krzysiek zrobiłe wtedy 1 km wbiegł i zbiegł a w sumie to chyba zleciał bo ponad 2 minuty mu to zajęło i tyle a dla nas to dopiero początek więc może nie pobijajcie na razie tego czasu bo dalej będzie jak …. tak – jak u Hitchcock’a 🙂Po łagodnym i łatwym zbiegu czekają na nas 3 kolejne szczyty, każdy kolejny z mocniejszym podejściem a i zejścia nie są najprostrze z uwagi na stromizny i sypkie podłoże. Zauważyłem pewną prawidłowość, że im trudniejsza trasa tym widokowo atrakcyjniejsza zatem ta trasa zapiera dech w piersiach, jak nie macie tchu róbcie zdjęcia.
góry kamienne, początek trasy
góry kamienne, początek trasy
Gdziekolwiek staniecie jest cudnie ! No i nie ma wstydu, że stoicie podczas treningu, to nie zmęczenie ja robie fotę albo podziwiam widoki i każdy to „kupi” 😉 Są miejsca, gdzie widać nawet Śnieżkę, choć oddalona jest o około 40 km.
góry kamienne widok na Śnieżkę
góry kamienne widok na Śnieżkę
Na trasie nie ma bezpiecznych źródełek gdzie można by nabrać wody, przebiega się przez 3 miejscowości ale sklepu tam nie widziałem – trzeba by poszukać w razie w. Ja opękałem na bidonie 0.5 l ale to sprawa indywidualna – miałbym litr to też bym wypił bo to co miałem skończyło się 3 km przed końcem. Warto pomyśleć o zabraniu kijków bo podejścia są naprawdę konkretne i można sobie potrenować i na pewno się sprawdzą bardziej niż na Ślęży gdzieś w Sowich czy Karkonoszach. Jakie buty ? Hmm teren obfituje w piargi z kamieni takich jak na nasypach kolejowych, jest też dużo suchych liści bukowych i to wszystko na sporych stromiznach.
kamienie, wszędzie kamienie :)
kamienie, wszędzie kamienie 🙂
Jak masz buty w taki teren to luz ; nie ? to czujność wskazana, nie ma co szarżować ze zbyt szybkim zbieganiem bo można wychamować dopiero na drzewie a i w koło nie ma za bardzo czego się złapać 🙂
piargi w górach kamiennych
piargi w górach kamiennych
Jest to trasa, na której nie ma mowy o nudzie, uśmiech macie non stop na twarzy, widoczki prima sort, techniczne single tracki, stromizny, urocze miasteczka, strumyki, wspaniałe stożkowe góry, panorama view niemal przez cały czas czego chcieć więcej ? Do tego na start podjechać można autem i od razu ruszać a na koniec zjeść coś pysznego w schronisku i zrelaksować się pod szczytem Waligóry. Dla mnie miejscówka marzenie.
góry kamienne, na horyzoncie szczyty przez które się przebiega w dole Sokołowsko
góry kamienne, na horyzoncie szczyty przez które się przebiega w dole Sokołowsko
 MapkaProfil

Zobacz przebieg trasy

plik GPX do pobrania