Nie znam osoby, która nie lubi szarlotki czy tam jabłecznika. Mam śmiałą tezę, że takie osoby albo nie istnieją, albo ukrywają się gdzieś razem z tymi, którzy nie lubią pierogów ruskich i ciepłej herbaty z miodem i cytryną. Znam za to osoby które, mimo że skuszone fenomenalną promocją na jabłka (2 zeta za kilo) postanowiły nabyć ich horrendalną ilość, nie potrafią podjąć aż tyle zachodu żeby taką szarlotkę zrobić. Tak. Tak to ja.
Z tego właśnie banalnego powodu oraz dlatego, że nie mam masła, a na home office jakoś nie wypada lecieć do sklepu (stać przy garach to co innego!), wymyśliłam sobie takie jabłuszka pod kruszonką, z tego co oferowała w danym momencie moja lodówka. Są smaczne, są cynamonowe, są niewymagające i spełniają kryteria smakowitości szarlotki przy minimalnym nakładzie roboty. A i jeszcze są słodzone tylko miodem.
Miodzio!
Potrzebne nam będą:
Jabłka 420g (to już po pokrojeniu)
Płatki owsiane 100g
Masło orzechowe 100g
miód 40g
cynamon
szczypta soli
A dzieje się to tak:
Jabłka pokrój w kostkę. Z tą kostką to tak jak z kotem – może być mała, może być duża i tak będzie wspaniała. Ja akurat pokroiłam w mniejszą, bo wkładałam je do małych naczynek. Następnie wrzuć je do garnka (jabłka, nie koty), dodaj 20g miodu, małą szczyptę soli i posyp cynamonem – około łyżka powinna być spoko. Mieszaj je trzymając na średnim ogniu przez około 15-20 minut. To będzie nasza baza – oczywiście można ją modyfikować zgodnie ze swoimi preferencjami o takie rzeczy jak na przykład rodzynki czy inne owoce. Odstaw tę miksturę na bok i jedziemy z kruszonką.
Zblenduj płatki owsiane do momentu aż będzie tam trochę mąki a trochę większych kawałków płatków. Dodaj do tego masło orzechowe i resztę miodu i pyrdaj między palcami, żeby połączyły się w większe kawałki zlepione masłem orzechowym. Do kruszonki możesz też dodać pokruszone orzechy.
Do małych naczynek nałóż jabłek i posyp obficie kruszonką. Zapiekaj w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez około 20 minut i to już. Bardzo fajnie smakuje podane z jogurtem naturalnym, ale można też zaszaleć i zjeść na przykład z lodami.
Podane proporcje wystarczą na 6 porcji. Jedna porcja dostarcza około 223 kalorie, T 9,1g, W 28,4g, B 7g.
Całkiem niedawno rozstałem się z poprzednim modelem Trans Alps F.K.T II, które po 1500 km odesłałem na odpoczynek. Pojawiła się dziura w przedniej części buta a tak w zasadzie nie było widać zbytnio tego kilometrażu. Byłem bardzo zadowolony ale jako, że lubię eksperymenty kupiłem inov8. To nie był dobry wybór po nie wytrzymały 200 km i się rozpadły. Nie chciałem już eksperymentować bo potrzebowałem butów do biegania a ni zbawienia się w reklamacje i gwarancje. Wybór był szybki – Montrail Trans Alps F.K.T III.
Nowa wersja mojego ostatniego modelu. Różnią się w zasadzie tylko górą – podeszwa jest identyczna jak w poprzednim modelu.
Góra jest bardziej mięsista, miękka i cieplejsza. Przy treningach w wysokiej temperaturze jest to odczuwalne. Mam nadzieje, że podziękuję za to ciepło w zimniejsze dni teraz nie ma tragedii ale trzeba przyznać, że wentylacja nie jest tu najważniejszym elementem dla producenta. To przekłada się też na dość długi czas schnięcia. Jednak nie są to buty na błoto czy mokry teren jako taki. Ten but idealnie sprawdza się w suchych warunkach a szczególnie w kamienistym terenie. 300 km jakie ze mną obecnie przebiegły to góry może z 10 km po płaskim. Zbieganie po kamienistym terenie to ich żywioł. Kompletnie nie musimy się martwić podłożem, amortyzacja zbiera wszystkie kamienie jakie napotkacie. Przekonałem się o tym na ścieżkach Ślęży czy w Karkonoszach. Warunek jest jednak taki, że musi być sucho. O ile w miniony weekend latałem po Karkonoszach i tam mokre kamienie nie były problemem to wystarczy lekka wilgoć na Ślęży i już drifftuje. Najgorzej jest na błocie, tu zdecydowanie należy zwolnić bo Tracji praktycznie nie ma.
W poprzednim modelu sznurówki non stop się rozwiązywały – były cienkie jak tasiemka a teraz mamy mięsiste glizdy 🙂 Plus jest taki, że nie rozwiązują się. Zmieniono też konstrukcję języka, tu wzorowano się na rozwiązaniu znanym z Salomona. Wkładka jest taka sama jak w poprzednim modelu i tak samo lubi się zagonić na pięcie – nie przeszkadza to, przynajmniej mi ale uśmiechnąłem się jak zobaczyłem to zagięcie.
Jak pisałem największa różnica jest w wyglądzie i materiałach góry buta. Jest wygodniejszy, bardziej miękki i wydaje się, że jeszcze bardziej wytrzymały ale to odczucia. Jak na razie zero zużycia. Przy technicznych zbiegach chyba ta wygoda jest minusem. Przy szybkich technicznych trasach mam wrażenie, że but jakby chciał zawinąć się wokół stopy. Nie ma ty mocnego trzymania stopy to raczej but do codziennego nabijania kilometrów niż to bicia rekordów prędkości. Taki bardziej Cadillac niż Mustang. Ale to jest właśnie cel tego buta. Długie dystanse. Tu liczy się wygoda i wytrzymałość i to ten but daje. Mimo, że nie uwielbia błota i nie zaufam w tym względzie to jest to mój podstawowy model butów jaki zakładam jadąc w góry. Protektor jest dość agresywny co przekłada się na świetne trzymanie podłoża – wspinanie stromym zboczem nie stanowi problemu. Tak samo pewni czuje się zbiegając stromiznami. Na pewno but nie zawiedzie – prędzej kolana wymiękną niż one.
Komu polecam Columbia Montrail Trans Alps F.K.T III
Osobom szukającym uniwersalnego buta na długie wybiegania szczególnie w suchym terenie. Można robić dzień po dniu dłuższe wybiegania po górach i nogi nie będą krzyczały , że mają dość. But na codzienne bieganie. Na szybkie zawody jednak za ciężki i zbyt wygodne 🙂
Wycieczkę zaczynamy z parkingu Ostoja w Jodłowcu, o ile to możliwe jak najwcześniej by znaleźć miejsce. Ja byłem koło 9 w weekend i juz było 5 aut o 13 nie było miejsca i ludzie zostawiali auto na poboczu. Jest mały szałas, można odpalić kuchenkę i coś zjeść. Brak dostępu do strumyka zatem nie uda się wykąpać po treningu – trzeba mieć to na uwadze. Ja miałem ciuchy na przebranie.
Parking jest tu:
Sama trasa to 27 km i 1100 w pionie, więc idealny spacerek bez przemęczania się. Brak tez trudności technicznych a podejścia nie są jakoś tam specjalnie męczące. Poniżej zapis trasy
Dlaczego warto udać się na wycieczkę po masywie Śnieżnika
Jest to trasa bardzo widokowa, nie tylko na samym szczycie Śnieżnika ale większość ścieżek zachęca do robienia zdjeć. Nie jest to teren w moim odczuciu do powolnego spacerowania bo to co tu jest atutem przy bieganiu czyli długie i łatwe technicznie szlaki na spacerze by się mogły dłużyć a tak biegiem można to machnąć z uśmiechem na twarzy. Czeska strona najpierw daje wspaniały widok na Śnieżnik, który z tej strony robi wrażenie a na koniec mamy ścieżkę w chmurach, ze schroniskiem dodatkowym nowym budynkiem knajpy oraz torem dla rowerów. Można usiąść na chwilę i odpocząć bo z tego miejsca mamy juz tylko zbieg i jedno 2,5 km podejście z czego ostatnie 100 m jest najcięższe na całej trasie. Sam początek trasy jest bardzo spokojny i niemal nie uczęszczany. Większość ludzi z parkingu rusza w przeciwnym kierunku na wieżę widokową na Trójmorskim Wierchu więc mamy cały szlak dla siebie. Zatem trasa jest dość różnorodna przez to, od samotności na szlaku po tłumy w miasteczku czy głównej atrakcji rejony – Ścieżki w Obłokach. Mamy niemal cały czas wspaniałe widoki, mijamy ciekawe zabudowania miasteczka, mamy strumyki ba mamy nawet żmije zygzakowate 🙂 No i czystą pętlę a auto na starcie i mecie. Idealnie na szybki wypad jak nie macie pomysłu gdzie by tu pobiegać mając kilka godzin wolnego czasu.
Ciekawe miejsca są na wyciągnięcie ręki. Okazało się, że niecałe 4 godziny jazdy dzieli mnie od cudnego miejsca – Małej Fatry. Rzut oka na pogodę i stwierdziliśmy, że należy skorzystać z okna pogodowego i wyskoczyć na aktywny weekend do południowych sąsiadów.
Na miejsce wypadowe wybraliśmy kamping Camping Belá Nižné Kamence, a za cel na najbliższe dwa dni weekendowe obraliśmy dwie traski.
Pierwsza trasa z celem – Wielki Krywań
Należy kierować się na parking pod kolejką linową o tu, Parking jest darmowy i akurat na szlaku, zatem zbiegamy niemal na sam parking, który położony jest przy strumyku więc można się umyć po biegu.
Zaczynamy szlakiem żółtym, i początkowo stromizny nie są duże – można biec. Tak aż do Chata na Grúni gdzie rozpoczyna się mocne i długie podejście trasą narciarską – podejście ma 1300 m długości i 480 m przewyższeń i kończy się na szczycie Poludňový Grúň gdzie wchodzimy już na czerwony szlak. To zdecydowanie najładniejsza trasa całej wycieczki. Takie nasze Tatry Zachodnie – Czerwone Wierchy – zresztą sami zobaczcie.
Ten odcinek jest bardzo biegowy ale i tak będziecie co chwila robić przerwy by rozkoszować się widokami. Większość turystów pokonuje tą trasę w odwrotnym kierunku. Wjazd kolejką linową z parkingu i potem już tylko cały czas w dół.
Stacja kolejki i knajpa znajduje się kolejne 4400 m dalej, na tym odcinku jest tylko 300 m up. W knajpie można zjeść i napić się a płatności można dokonać kartą więc nie ma problemu z noszeniem gotówki jak to jest w Czechach. Taras widokowy ma świetny widok – polecam zaplanować sobie tam mały postój.
Niecałe 1000 m dalej idąc czerwonym szlakiem nadal mamy najwyższy szczyt tego pasma Wielki Krywań (1708 m). Poruszamy się dalej czerwony przebiegając przez Pekelnik – świetny punk widokowy do rozgałęzienia się szlaku w miejscu Sedlo Bublen. Następnie zbiegami już cały czas w dół, najpierw szlakiem żółtym, potem niebieskim by na kolejnym skrzyżowaniu szlaków skręcić ostro w prawo zielonym i nim juz prosto do parkingu. Szlak zielony różni się od całej trasym jest mokro i ślisko więc trzeba być czujnym.
Na całej trasie wypiliśmy po niemal 2 litry płynów na osobę i było na styk. Na samej grani nie ma źródeł wody ale po drodze mamy dwie knajpki wiec można się w nich ratować.
trasa numer dwa i cel Wielki Rozsutec (1609 m)
Trasa zaczyna się w sąsiedniej dolinie na parkingu Štefánova parking lot – ten parking jest już płatny – przyjmują tylko gotówkę – 2 euro. Przy nim też jest strumyk, więc spoko można się oczyścić z błota po treningu. Nam to baaardzo pomogło bo w nocy padało i trasa była masakrycznie błotnista. Początek trasy jest w miarę biegowy z kilkoma bardziej stromymi miejscami jednak nam się mnie udało biec ale udało się przejść co w tych warunkach było nie lada wyczynem 🙂 Byliśmy w butach Columbia montrail Trans Alp i Coldorado, które są przeznaczone na suche trasu – więc było wesolutko a każdy krok był na wage pierwszego kroku człowieka na księżycu. Tak czy siak początkowy etap trasy jest lajtowy a kończy się na przecudownej łące z widokiem na cel wycieczki. Do tego miejsca mamy 3400 m i 550 m up.
Od tego momentu zaczyna się mocne podejście częściowo zabezpieczone łańcuchami. Odpowiednio 1200 m długości i 430 m przewyższenia więc jest co robić – ale każdy krok odpłaca wam za poniesiony trud. Jest troche delikatnej wspinaczki ale bez szaleństw. Sam szczyt natomiast to majstersztyk. Siedzieliśmy tam długo podziwiając widoki i zapewniam , że będziecie robić to samo. W każdym kierunku widoki są tam wspaniałe. Niesamowite jak takie niskie góry dostarczają kilogramy pozytywnych wrażeń. Nie trzeba lecieć w Himalaje. A na dodatek trasy na bardzo spokojne spacerowanie do południa. Po zejściu ze szczytu mamy techniczny zbieg 1600 m do niebieskiego szlaku, gdzie dumnie przy się Mały Rozsutec (1344 m). Można wejść na niego w około 10 minut. Niebieskim szlakiem biegniemy do zielonego i wracamy do parkingu żółtym. Jak macie więcej czasu warto zrobić pętelkę i pociągnąć niebieskim w dół do Dolné diery – my nie mieliśmy tym razem tyle czasu ale po zdjęciach w internecie wiem , że warto. Można polecieć aż do żółtego szlaku i nim wrócić na parking – nadkłada się ok 4 km więc mało – ale znów aparat byłby wyciągany co 2 kroki zapewne 🙂 Jeszcze tam wrócimy 🙂
Po wycieczce biegowej oczywiście przymusowa i wyczekiwana kąpiel w strumyku i powrót na pole namiotowe by wziąć prysznic – 2 euro żeton i przygotować obiad przed podróżą. Po drodze jest Lidl gdzie możecie zrobić zakupy – w niedziele było otwarte.
Podsumowanie
Mała Fatra to wspaniałe miejsce do tego dojazd z Wrocławia to niecałe 4 godziny jazdy. Baza noclegowa czytaj kamping jest rewelacyjny. Za nocleg 2 osób, plus namiot i auto oraz 4 prysznice 78 zł, na dodatek można mówić po polsku i płacić kartą. Jest bardzo duży ma kilka miejsc do sporządzenia posiłków i kąpieli, źródła z dostępem do pitnej wody, za płotem zimny górski potok oraz plac zabaw dla dzieci łącznie z boiskiem oraz Wi Fi na całym terenie. Same góry po prostu poezja. Mnogość szlaków i opcji jest bardzo szeroka, można zrobić wyrypę na 40 km i więcej ale i krótkie trasy 10 km powalą was na kolana. Do tego jest zaplecze gastronomiczne, mało ludzi a do cywilizacji macie kilka minut. Dla mnie jest to idealna alternatywa dla Karkonoszy. Szczerze polecam.
Z Wrocławia to 100 km, które pokonamy dość szybko bo większość trasy to autostrada. Auto można zaparkować u podnóża samej góry lub zostawić kilometr wcześniej na parkingu w Proboszczowie skąd zaczyna się żółty szlak prosto na szczyt wulkanu Ostrzyca Proboszczowska.
Jak liczycie na wybuch lub choćby siarkowy dym z wnętrza krateru to niestety na tym wulkanie nic z tych rzeczy 🙂 Jest mały krater ale nic z niego się nie wydobywa. ostatnia aktywność Ostrzycy była około 30 mln lat temu.
Z parkingu na szczyt to 2,6 km a z parkinu pod wulkanem 1 km mniej, jednak mimo, że jego wysokość to zaledwie 500 m n.p.m. to wejście jest dość wymagające – samo wejście szczytowe to 200 kilka metrów w linii prostej ale o nachyleniu 30 stopni 🙂 Na szczęście jest ułatwienie w postaci schodów i to nie byle jakich bo bazaltowych. Szczyt to w zasadzie dwa małe wierzchołki ze wspaniałym widokiem. Bez problemu można dostrzec choćby Śnieżkę.
Jak macie chęć na spacer to polecam jeszcze przejść się czerwonym szlakiem w dół i dalej zrobić mała pętelkę trasą rowerową, która jest świetnie przygotowana – taki single track. Można zrobić w ten sposób 10 km a po drodze jest zbiornik retencyjny wraz z wiatą, gdzie można odpocząć.
Co dalej można zobaczyć w okolicy Ostrzycy ?
Warto podjechać do miejscowości Czaple oraz 3 km dalej zobaczyć Szamragdowe Oczko , jeziorko po kamieniołomie. parkujemy pod kamieniołomem, który jest właścicielem jeziorka i z parkingu to ok 200 metrów.
Potem warto podjechać zwiedzić Zamek Grodziec , w mojej opinii jeden z ładniejszych zamków. Wejście to koszt 15 zł ale mamy w tym zwiedzanie murów oraz samego zamku. na miejscu jest bufet, w którym można kupić coś do picia i jedzenia. A pod sam zamek można podjechać autem lub zostawić je u podnóża góry. My wybraliśmy tą druga opcję, bo zamki trzeba zdobywać 🙂
Terra Ultra 260 są reklamowane jak wytrzymały but na lekki teren , głównie suche szutry i nawet asfalt. Szukałem butów na codzienne treningi, a głównie biegam po Ślęży i parkach zdecydowałem się na tego rodzaju buty.
Po 70 km buty zaczęły się rozklejać na pięcie – podeszwa zdawała się otwierać niczym głodne pisklęta.
podeszwa odklejała się już po 70 km w moich Inov-8 Terra Ultra 260
Musiałem je odesłać do sklejenia – wróciły po tygodniu zatem mogłem dalej biegać.
Pierwszy problem
Nie przekonałem się jeszcze do nich może zmieni się to za jakiś czas na chwilę obecną mam mieszane odczucia. Z jednej strony faktycznie dobrze trzymają się na szutrze czy kamienistym terenie ale są strasznie niestabilne. Nie wiem jak to opisać, chodzi o to, że przy zbiegu po kamieniach stopa często wygina mi się niebezpiecznie lewo/prawo. Nie miałem takiego odczucia w innych butach. Nie czuje się w nich pewnie i hamuje to szybsze zbiegi. Kwestia przyzwyczajenia się zapewne – na teraz mi to przeszkadza.
Drugi problem
Drugi dyskomfort jaki mam to sztywność podeszwy. Nie jest to taki beton niebiegowy jak w Dynafitach ale na pewno nie ma tu komfortu mimo, że jak na standardy INOV-8 mamy tu amortyzację niczym HOKA 🙂 Problemem polega na tym, że wstrząsy przedostają się na całe ciało – mam problem z jasnością widzenia haha tak drgają mi oczy że nie widzę trasy a głowa pęka od uderzeń. Widać tu lekką poprawę w stosunku to pierwszego treningu albo się oswajam albo podeszwa się poddaje bardziej.
Jest dobrze
Pozytywnie zostałem zaskoczony trzymaniem na mokrym. Producent informuje, że to but na suche i właśnie dlatego pobiegałem troche w deszczu i po błocie. Ok loty były w głębokim błocie ale w takim typowo podeszczowym górskim terenie dzielnie dawały radę. Jasne, są w zasadzie nowe to trzymają wszystkiego ale nie wszystkie tak mają więc to przyjmuje jako plus
Plus drugi
Wentylacja i sznurówki. Mimo solidnych upałów w okolicy 30 stopni nie miałem problemów tak samo z wysuszaniem się w trakcie biegu po wizycie w wodzie. Szybko schną. Miłym akcentem na pewno są sznurówki. Niczym glizdy grubiutkie 🙂 zawiązuje je na dwa razy i trzymają się bardzo dobrze. Przez to , że są grube dobrze się też rozwiązują.
Podsumowanie
Jak na razie wydają się być zgodne z tym co podaje producent ze wskazaniem na extra bonus w postaci wszechstronności. Fuckup w postaci rozklejania się podeszwy jest mocny, ale w poprzednich 2 parach innych modeli tej firmy miałem to samo. Widać to ich znak rozpoznawczy. Po serwisie jednak przebiegłem 50 km i buty znów zaczęły się rozklejać i tak nie dotrwały do tych 200 km umarły 10 km wcześniej oddane do sklepu. Może to i dobrze bo martwił mnie brak stabilności w kostce podczas zbiegów po kamieniach, oraz zbyt słaba amortyzacja pod piętą – mocno czuć kamienie. Po zwrocie kasy wróciłem do Columbii – i to był bardzo dobry wybór.
Dane techniczne:
waga: 260g (rozm. 42)
drop: zero
przeznaczenie: długie dystanse na twardym podłożu – to text producenta i mając na uwadze, że nie dotrwały do 200 km coś chyba poszło nie tak 🙂
podeszwa z gumy STICKY GRIP, bardziej przyczepną do twardego podłoża
Czasem posiłki powstają z miłości a czasem z nienawiści… a czasem i z tego i z tego. Dahl z czerwonej soczewicy jest ucieleśnieniem (ujedzenieniem?) mojej miłości do kuchni hinduskiej i szczerej nienawiści do zmywania naczyń. Danie jest jednogarnkowe i nie wymaga stałego pilnowania go i sterczenia przy kuchence, więc jest tym czego potrzebuje każdy kucharz, który godzinę przed snem zorientował się, że nie ma na jutro nic na obiad, a przecież trzeba jeszcze odprasować koszulę i nakręcić wałki na włosy.
Potrzebne nam będą:
Jedna duża cebula
Ząbek czosnku (jeśli są malutkie to nawet dwa, a jak ktoś czosnek lubi to bez krępacji może wrzucić więcej – danie na tym nie ucierpi)
Masło klarowane/olej 10g
900ml bulionu lub (kostka rosołowa i 900ml wody dla tych którzy akurat nie mają zapasu bulionu pod ręką)
Czerwona soczewica 80g
Passata pomidorowa 700g
Śmietanka 12% 45ml (może być też mleczko kokosowe jeśli chcemy aby danie było wegańskie)
Przyprawa garam masala
Suszony czosnek niedźwiedzi
Płatki chili
Sól
Pieprz
A dzieje się to tak:
W garnku rozgrzej masło lub olej a następnie podsmaż cebulę aż się bardzo delikatnie zarumieni. Natępnie dodaj przeciśnięty ząbek czosnku i podsmaż go z cebulą około 15 sekund (nie za długo aby nie zrobił się gorzki). Dodaj łyżkę garam masala i wymieszaj z cebulą dosłownie przez chwilę, żeby nie przywarła do garnka.
Do garnka (jednego, jedynego!!) dodaj wodę i kostkę rosołową lub bulion i poczekaj aż się zagotuje. Dodaj czerwoną soczewicę i gotuj tak z 10 minut.
Dodaj passatę i przyprawy: 4 łyżki garam masala, łyżkę czosnku niedźwiedziego natomiast sól, pieprz i chili według uznania.
Gotuj wszystko razem (w tym samym jednym garnuszku!) aż soczewica będzie miękka. Uważaj tylko aby nie przesadzić, bo czerwona soczewica potrafi się naprawdę paskudnie rozgotować.
Ściągnij z gazu i po jakiejś minutce dodaj śmietankę lub mleczko kokosowe.
Dahl można podawać z ryżem, makaronem ryżowym, chlebkami naan, a jak zostanie w garnku już resztka, to spokojnie można wyżreć chlebem jak ostatnia świnka. Genralnie pełna dowolność.
Jeżeli odgrzewasz obiady w pracy w mikrofalówce to jest to bardzo fajna propozycja, bo po takim podgrzaniu nie traci nic na smaku ani konsystencji.
Świat został zmieniony przez coś czego gołym okiem nie widać – wirus COVID19 sprawił , że tym razem nie odbyły się zawody w Dolomitach. Ale czyż życie to nie zmaganie się z przeciwnościami ? czy to nas nie motywuje właśnie ? Nie mogłem pojechać w Dolomity na Lavaredo Ultra Trail to Dolomity przyjechały do mnie !
Wszystko rozpoczęło się dzień przed zawodami, podczas chillouty przy piwie przeglądałem jakiś portal social media i zobaczyłem podpis pod zdjęciem Tre Cime – LUTVirtual.
Call 2 action zadziałał natychmiast i podniosłem współczynnik konwersji bo zapisałem się na zawody . Zasada była banalnie prosta. Wystartować w ten weekend i przebiec dystans i przewyższenia oryginalnych zawodów z cyklu Lavaredo Ultra Trail – Cortina trail. Czyli należało samodzielnie zaplanować trasę na 48 km i 2600 m przewyższeń. Natychmiast pomyślałem o Sudetach Wałbrzyskich a dokładnie rejon schroniska Andrzejówka. Tamtejsze kopczyki na pewno dałyby odpowiednią ilość przewyższeń. By się upewnić skorzystałem z wyznaczenia trasy przy pomocy mapy.cz
Postanowiłem ruszyć z Jedliny zdroju przez Borową górę i podąrzać w kierunku Waligóry i biec szczytami przez Sokołowski o dalej do Mieroszowa , tam zawrócić przez Wielki Stożek i Bukową górę by za Andrzejówką wpaść na szlak do Borowej Góry. Mapy pokazały 47 km i 2700 m przewyższeń w ostateczności wyszło 48 i 2760 + ale przed Borową zakończyłem , to jest jakieś 3 km przed parkingiem.
Zawody hmm jadąc na nie nie czułem się jakbym jechał na zawody, ot dłuższe wybiegania a podczas samego biegu nie ścigałem się ba robiłem sobie przerwy na łące i podziwiałem widoczki 🙂
Ale była to dość ciekawe przeżycie jednak. Mimo braku realnej rywalizacji, każdy zawodnik przecież biegł inną trasę wiec nie ma tego jak porównywać to i tak czuło się wspólnotę z innymi zawodnikami. Dodatkowo każdy z nas musiał zaplanować trasę, miejsca bufetów, wodopoju no i przeanalizować samodzielnie wszystkie te czynniki . Byliśmy zawodnikami i organizatorami jednocześnie.
Warto zaopatrzyć się w gotówkę i własne picie na szlak. Są dwa miejsca gdzie można napełnić wodę plus jedno którego nie jestem pewien ale piłem i żyję 🙂 Dwa to Sokołowsko i punkt poboru wody, z którego wypływa mały strumyk dwa – rejon połowy trasy jest strumyk, który jest na zdjęciach. Gotówka – bo zarówno w sklepie spożywczym w Sokołowsku jak i schronisku Andrzejówka nie dało rady zapłacić kartą. W schronisku generalni można ale z uwagi na COVID19 knajpa nie była czynna i sprzedawano przez „okienko” i tam już nie chciało im się podpiąć terminala.
Pogoda na trasie lavagedo Ultra Trail Virtual była iście Włoska – pod 30 stopni w plusie haha ale jednak był element Polski – błoto po kostki i stada much 🙂
Trasa , która wybrałem zdecydowanie nie odbiegała walorami od Cortiny – widoczki pierwsza klasa. Jak ktoś ma chwile i chęci to zdecydowanie polecam.
Czas przygotowanie brownie: 20 minut przygotowanie i 40 minut pieczenia oraz ok 5 minut polewa.
Forma do pieczenia: tortownica o średnicy 26 cm lub blaszka o wymiarach około 24 x 24 cm. Pieczemy w temperaturze 180 stopni przez ok 40 minut ale nie na termoobiegu tylko góra – dół.
Składniki na fasolowe brownie:
2 puszki fasoli czerwonej – 500 g
4 jajka
6 łyżek kakao
około 1/3 szklanki oleju
około 1/3 szklanki wody
około 1/3 szklanki cukru
1 banan
1 łyżeczka sody oczyszczonej
szczypta soli
Składniki na polewę brownie:
4 łyżki oleju kokosowego
3 łyżki kakao
2 łyżki cukru waniliowego
8 – 10 (tu w sumie na oko) łyżek wody
Przepis na brownie z fasoli:
Zaczynamy od odsączenia fasoli i przesypania jej do pojemnika, w którym będziemy miksować składniki. Dodajemy banana i dolewamy po około 1/3 szklanki oleju oraz wody. Wszystko miksujemy na masę bez grudek.
Następnie dodajemy kakao 6 łyżek plus łyżeczkę sody oczyszczonej i szczyptę soli. Wszystko mieszamy szpatułką by się nie rozsypało po kuchni 🙂
W osobnym pojemniku miksujemy jajka 4 sztuki z 1/3 szklanki cukru na sztywną pianę.
Wstawiamy piekarnik góra – dół na 180 stopni i szykujemy tortownice
Do zmiksowanego jajka dodajemy masę fasolową i mieszamy. Jak chcemy by ciasto było puszyste mieszamy delikatnie szpatułką jak wolimy zbite można zrobić to mikserem. Na zdjęciach w wersji z malinami ciasto było mieszane szpatułką a z orzechami mikserem
Tak przygotowane ciasto wlewamy do tortownicy i wkładamy do pieca jeśli nagrzał się do 180 stopni na środkowy poziom.
Po 35-40 minutach sprawdzamy ciasto patyczkiem, jak jest suchy można zakończyć pieczenie ale nie wyciągamy brownie jeszcze z pieca tylko uchylamy lekko drzwi na ok 10 minut i dopiero potem wyciągamy je z piekarnika. Można po wyłączeniu piekarnika uchylić drzwiczki i w tym czasie przygotować polewę na brownie.
Przepis na polewę do brownie:
Do małego garnka wsyp 4 łyżki oleju kokosowego, 3 łyżki kakao, 2 łyżki dowolnego cukru (brązowy, waniliowy etc) oraz wlej 8-10 łyżek zwykłej wody. Wszystko podgrzewaj na małym ogniu do wymieszania się składników. Ja użyłem trzepaczki do jajek.
Teraz można wyciągnąć brownie z piekarnika i polać go polewą – pozostaje teraz poczekać aż ostygnie zrobić kawę rozsiąść się wygodnie i rozkoszować się.
Zamek Książ znają chyba niemal wszyscy. A wiecie, że niedaleko , po drugiej stronie rzeczki są ruiny starego zamku Książ ?
No właśnie ja nie wiedziałem 🙂 trafiłem tam przypadkowo podczas planowania trasy biegowej. Miałem w pamięci z dzieciństwa szlak zrobiony w części z metalu i desek przybity do pionowej skały. W dole słuchać było rzekę spowitą w gęstwinie lasu – tyle moja pamięć. Ale za każdym razem gdy byłem przy zamku Książ nie udało mi się trafić na ten szlak i po chwili jechałem dalej w góry. Tym razem postanowiliśmy by rejon wokół zamku był punktem głównym wycieczki – i to był strzał w dziesiątkę !
Podczas planowania na mapie zauważyłem te ruiny wiec ni mogłem się doczekać weekendu. Trasa ma 10 km wiec można to nawet przejść spacerkiem i w zasadzie my prawie szliśmy bo i warunki były dość trudne na nasze asfaltowe buty – samo błoto. Ale to nawet dobrze więcej się zobaczyło. Szlak jest bardzo uroczy, szczególnie fragmenty nad rzeką. Pełne mostków , tuneli, zakrętów. Bajka.
Na koniec wychodzi się za zamkiem Książ na punkt widokowy, potem sam zamek i zaraz za zamknie skręca się w prawo na ten szlak, który pamietam z dzieciństwa 🙂 Dziś już odnowiony, deski zdrowe, barierki. Nie to co kiedyś , desek było co na lekarstwo 🙂
Auto warto zaparkować zaraz przy tym rondzie, jest miejsce na kilka aut. Rano nie ma nikogo a to początek i koniec szlaku